Pada – a właściwie leje – deszcz. Ciężkie krople spadające z niebios rozbryzgują się z głośnym „kap, kap” na przyciemnianych szybach czarnego auta włoskiej marki „Viaggio”, sunącego niczym zjawa po gładkiej powierzchni autostrady E461. Jedną z siedzących w aucie osób jest Desmond, Desmond Miles. Mężczyzna ten nigdy nie należał do szerokiej grupy pasjonatów motoryzacji, nie może więc docenić kociego pomruku silnika, cichego i miarowego, choć prędkościomierz dawno już wskazuje więcej niż sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Już chęć zrobienia prawa jazdy na motor zemściła się na nim okrutnie, gdy został namierzony przez Abstergo Industries.
Jedyne, co podoba mu się w aucie Lucy to jego gabaryty – gdyby wnętrze było mniejsze, podróż była by jeszcze mniej komfortowa niż teraz.
Desmond mruży bolące go i piekące oczy, rozmasowując opuszkami palców swoje skronie. Mimo zmęczenia spowodowanego przez długotrwałą sesję, myślami wciąż znajduje się w renesansowej Italii, do której chciałby wrócić. Młody człowiek, rozmyślając nad tym, ściąga spętane gniazdo kabli z kolana. Jest ich tutaj mnóstwo, podobnie jak małych dysków, wyświetlaczy, skanerów, tabletów i Bóg wie czego jeszcze. Choć pewnie i Stwórcy zakręciłoby się w głowie, gdyby spróbował ogarnąć techniczny kram Rebeccy.
Rebecca Crane jest jedną z pasażerek, siedzącą na tylnym siedzeniu, obok Desmonda. Podczas gdy inne kobiety zbierają niepotrzebne śmieci jak szminki, pomadki i jakieś patyczki do podkręcania rzęs, Rebecca zdaje się kolekcjonować wszystko, co miało jakikolwiek związek z komputerami. Dotychczas, gdy Miles słyszał określenia takie jak „nerd” czy „techniczny” świr, miał przed oczami stereotypowy obraz pryszczatego okularnika w wieku adolescenza – teraz jednak ten widok został zastąpiony przez smukłą twarz techniczki. Na pewien sposób Desmond jednak lubi tę inteligentną brunetkę, choć bywała uciążliwa. Do Shauna, ich historyka i twórcy infoteki, także odczuwa pewną sympatię odkąd ten otwarcie przyznał, że sam chciałby znaleźć się w Animusie.
Trzeba jednak powiedzieć, że wychowywany na „Farmie” asasyn nigdy nie nawiązywał łatwo znajomości – jako introwertyk zawsze był zamknięty w swoim własnym wnętrzu. Musiał taki być, by go nie znaleziono – jedno nieodpowiednie słowo do nieodpowiedniej osoby albo niepotrzebna wylewność mogły mu straszliwie utrudnić życie – i być może ułatwić śmierć.
Ale przecież jest jeszcze Lucy Stillman, była pracowniczka Abstergo Industries. Desmond sam dziwi się, jak łatwo przychodzi mu rozmowa z nią. Urocza blondynka przyznała, że go lubi – Desmond jednak wciąż sobie powtarza, że jest dla niej – dla nich – jedynie narzędziem, które ma pomóc asasynom zniszczyć templariuszy i „uratować świat”. Powtarza to sobie, ponieważ łatwo mu o tym zapomnieć – szczególnie w chwilach takich jak ta, gdy Lucy odwraca się z przedniego siedzenia i posyła mu ciepły, dodający otuchy uśmiech.
- Jak tam mapa? pyta blondynka, wyprzedzając niebieskiego forda.
- Co? Ach, tak... mruczy Rebecca, odrywając się od czytnika i spoglądając na system nawigacji. Pięć kilometrów od Brna.
- Shaun, znajdź jakieś informacje na temat Brna, proszę – poleca historykowi Lucy.
Ten wzdycha z irytacją, ale posłusznie przestaje stukać w klawisze laptopa i paroma kliknięciami otwiera nowe okno.
- Hej, Lucy – rzuca niepewnie Desmond, podnosząc głowę. Siedzi na wyłączonym fotelu Animusa, ulokowanym w przestrzeni, gdzie normalnie kończy się siedzenie, a zaczyna bagażnik. - Mogę pobawić się Animusem?
- Cieszy mnie twoje zaangażowanie, Desmondzie – odpowiada Lucy, a asasyn zauważa w przednim lusterku, jak przez jej oblicze przelatuje lekki uśmiech. - Ale potrzebujesz przerwy. Nie muszę ci przypominać, jak skończył Obiekt 16, prawda?
- Przykro mi, Desmondzie – dodaje Rebecca, uśmiechając się przepraszająco do Desmonda. - Sama chciałabym, byś wszedł do Animusa. Zainstalowałam parę poprawek w sofcie translatora – Animus powinien sobie teraz lepiej radzić z idiomami i związkami frazeologicznymi.... Nie było to łatwe, bo humanistka ze mnie żadna, ale zmodyfikowałam oprogramowanie z...
Przez chwilę jadą w ciszy, każdy pogrążony w swoich rozmyślaniach albo zajęciach, niezwiązanych z innymi członkami grupy.
- Shaun, długo jeszcze? pyta Lucy, tracąc cierpliwość.
- Chwileczkę, chwileczkę – mruczy Hastings, a Desmonda dobiega od jego strony odgłos kliknięć. O, mam! Brno... Co my tutaj mamy? Największe miasto Moraw, drugie co do wielkości miasto w Czechach. O, to ciekawe. Gród, który z czasem rozwinął się i przekształcił w miasto został założony na wzgórzu Petrov, pomiędzy rokiem 1021...
- Shaun, cholera! przerywa mu Lucy, wymawiając przekleństwo z przesadą, tak jak to robią osoby rzadko przeklinające. - Nie mamy czasu na twoje wykłady. Znajdź coś pożytecznego: rozkład stacji benzynowych, jakiś tani hotel...
- Och, bardzo cię przepraszam, Lucy – zgryźliwie odpowiada Shaun. - Za to, że zamiast szukać stacji benzynowych zbierałem informacje, które mogą przydać się Desmondowi!
- Nie możemy po prostu połączyć się z siecią? pyta zakłopotany Desmond.
- Nie – odpowiada Rebecca. Te ćwoki z Abstergo szybko by nas namierzyły przez czujnik z auta. A inaczej niż poprzez to cudeńko nie da się tutaj połączyć.
- W hotelu też by nas pewnie znaleźli – wtrąca Desmond.
- Mamy swoje metody, by uniknąć wykrycia, Desmondzie – zaprzecza Lucy. Jej usta wykrzywiają się w ciepłym, aczkolwiek jednocześnie dosyć cierpkim uśmiechu. - Nie zatrzymywaliśmy się od Wiednia... Wygląda na to, że będziemy mogli odpocząć dopiero za kilkaset kilometrów. Aha, Desmondzie, wracając do twojego stwierdzenia... „Ukrywaj się tam, gdzie nikt nie będzie cię szukać”, prawda?
- Lucy – niezręcznie zaczyna Desmond. Mówisz tak, jakbym...
- Jakbyś był jednym z nas – dokańcza Rebecca, puszczając oko do tego „nowego”. Bo jesteś.
Mężczyzna opiera głowę o chłodną szybę i zaczyna przyglądać się wyścigowi kropel, odbywającemu się po drugiej stronie szkła. Jest ich pełno, ponieważ niebiosa znów zaczęły śpiewać deszczem.
Wszystko to jest dla Desmonda dziwne. Animus, pamięć genetyczna, asasyni, templariusze, te sprawy. Zawsze wyobrażał sobie templariuszy jako facetów w kolczugach i z mieczami, broniących pielgrzymów z Ziemi Świętej – a tu okazało się, że ich prawdziwym celem jest przejęcie władzy nad światem. Asasynów z kolei nie tak dawno uważał za jakichś świrów, hipisów, którzy chcieli mordować ludzi – teraz jednak nie wie, co o nich myśleć, co myśleć o sobie. Nigdy nie chciał być asasynem – a teraz nim jednak jest, albo przynajmniej jest na drodze do stania się jednym z nich. Czy jednak nie czuje lekkiej satysfakcji, walcząc z Warrenem Vidicem, który tak go wykorzystał?
I wreszcie ważne pytanie – które z tych dziesiątek mieszanych uczuć jest prawdziwe?
Może żadne.
W końcu, nic nie jest prawdziwe.
Wszystko jest dozwolone.
Kredo asasynów – a od niedawna i kredo Desmonda Milesa.
- Wiecie, trudno mi uwierzyć, że macie... że mamy takich przeciwników – rzuca nieśmiało Desmond. To przecież szaleńcy... Znaczy, chodzi mi o to, że każdy z nich wierzył w to, co mówił. Ta cała gadanina o pokoju na świecie templariuszy... Przecież to tylko wymówka. Oni chcą tylko odebrać ludziom wolną wolę, by nimi rządzić, zdobywać moc. Jak Borgia.
- Mówisz o Rodrigo Borgii? - pyta Shaun, poprawiając okulary w sposób charakterystyczny dla niego. - Aleksandrze VI?
- A jest jakiś inny? - wzrusza ramionami Rebecca Crane, przyłączając się nagle do rozmowy.
- Rebecca, nie wtrącaj się proszę, gdy dorośli rozmawiają – uśmiecha się w odpowiedzi pogardliwie historyk.
- Czasami zastanawiam się, po co go ratowałam... - mruczy do siebie techniczka, wracając do wpatrywania się w świecący ekran czytnika.
- Był w każdym razie między innymi jeszcze Cesare Borgia, syn Rodriga – wraca do tematu Hastings.
- Syn? - wykrztusza Desmond, patrząc na siedzącego przed nim historyka. - Ale przecież Rodrigo był papieżem...
- Nie bądź naiwny, Desmondzie – prycha Shaun, kręcąc głową z dezaprobatą po wypowiedzi ”nowego”. - Sam przecież powiedział, że religię uważa za bzdurę. Nie słyszałeś o Bankiecie Kasztanów? Ach, po co ja pytam... No więc syn papieża zaprosił 30 października roku 1501 do swojego apartamentu, do pałacu papieskiego (sic!) pięćdziesiąt kurtyzan i kazał im tańczyć striptease. Na tej... imprezie bawił się też Aleksander IV. Historia skandali Watykanu jest niezwykle barwna: i tak ten sam Rodrigo zaraził się syfilisem, w 1483 Giovanni Sclafenati został najmłodszym kardynałem przez swój romans z... Sykstusem IV (sic, po raz drugi!), który poza tym brał udział w homoseksualnych orgiach i został oskarżony o kazirodztwo z swoją siostrą... A z kolei głowa Kościoła której pontyfikat był w latach 1464 – 1471, Paweł II, był transseksualistą. Jest bardzo dużo takich przykładów w historii papiestwa, co potwierdza, że papież też człowiek. Wracając do czasów Ezio: Savonarola, polityczny przeciwnik Aleksandra VI, wielokrotnie krytykował jako dominikanin sposób życia papieży i ich rozpustę.
- Nie myślałeś nad zostaniem nauczycieli historii, Shaun? uśmiecha się lekko Lucy. - Zanudzałbyś wtedy studentów swoimi wykładami, nie nas.
- Ha, ha – burczy Hastings, wycierając swoje okulary. No cóż, na pewno nie ma jednak wątpliwości, że makiaweliczny Cesare wdał się w swojego ojca.
- Makiaweliczny? - Desmond unosi zdziwiony brew. - Machiavelli był przecież asasynem!
- Mi tego powtarzać nie musisz, Desmondzie – odpiera historyk, schowawszy ściereczkę do szkieł do kieszeni. - Jednak wyobraź sobie, że Cesare był pierwowzorem do „Księcia” Machiavelliego, który ten napisał dla Lorenza Medici. I to nie wszystko: Leonardo da Vinci opracowywał bronie dla Cesare.
- Żartujesz! - cicho mówi z niedowierzaniem Miles.
A wyglądam na takiego? - retorycznie pyta Shaun. - Leonardo pewnie nie wiedział, co robi. Bądź co bądź w tamtych czasach wielu artystów miało swoich mecenasów i Leonardo pewnie uznał to za zwykłe zlecenia. Jego rysunki i projekty były wcale znane. Długo ta współpraca jednak nie trwała, bo Borgia przestraszył czymś Leonarda, który przestał dla niego pracować. Warto byłoby się dowiedzieć, jak wygląda powiązanie między tymi zdarzeniami.
- I dokończyć szkolenie – dodaje Desmond, patrząc na główkę pokrytą długimi, ładnymi włosami w kolorze blondu, należącą do Lucy siedzącej na fotelu kierowcy.
- Jest tylko jeden sposób, by to zrobić – rzuca Rebecca, wyciągając z torby czarny sześcian pamięci.
- Och, no dobrze, dobrze – wzdycha była pracowniczka Abstergo. - Widzę, że nie możecie się powstrzymać. Ale nie przemęczajcie zbytnio Desmonda, dobrze?
Z lekkim uśmiechem „ten nowy” odrywa spojrzenie od autostrady i gładzi chłodne obicie Animusa.
O, tak...
Z pewnością chętnie wróci do renesansowej, słonecznej Italii.
*
Na jednym z wielu dachów Rzymu, niedaleko ruin monstrualnego koloseum, przykucnęła niewielka, smukła postać, w twarzy zasłoniętej białym kapturem. Oczy mężczyzny śledziły niczego nieświadomego, otyłego człowieka, który rozglądał się ze strachem na boki. Wiedział, że któryś z setek, nie, nie setek, tysięcy mieszkańców, ludzi o zwykłych, prostolinijnych twarzach, jest zabójcą.
Do obserwatora na dachu dołączyła kolejna dwójka. Po drugiej stronie, na przysadzistym domostwie, biała postać unieruchomiła chwytem strażnika, zasłaniając mu jedną ręką usta, drugą zaś poderżnęła mu gardło. Kolejny wartownik podniósł broń palną z zamkiem lontowym i przycisnął ją do pachy, ale złagodniał przez druzgoczące uderzenie buzdyganem w jabłko Adama, pochodzące od kolejnego członka bractwa Asasynów. W tłumie w dole zakotłowało się, ktoś zaczął krzyczeć.
Głowy asasynów jak na komendę spojrzały na urzędnika, który wraz z ochroniarzami lustrował nerwowo ludzi wzrokiem. Na piersi członka jego obstawy wyrosła plama czerwieni. Stał po chwili, aż upadł na ulicę pokrytą piaskiem...Być może mającym wiele tysięcy lat: tak jak w bliskiej budowli, gdzie posoka gladiatorów wsiąkała w piasek.
Mężczyzna próbuje krzyknąć, zasłonić się, wydać komendę swoim przybocznym – ale nie ma czasu na żadną z tych rzeczy.
Jest za późno, gdy ukryte ostrze Ezio Auditore da Firenze wbija mu się w tętnicę.
*
Desmond Miles czuje się tutaj... jak w domu. Teraz wie wreszcie, co ma robić w swoim życiu i dlaczego. Niektórzy nazwaliby to zabijaniem. Inni, którzy znają kredo i sens tej bitwy: walką o pokój na świecie.
Może nie na świecie – nie bądźmy tacy samolubni. Świat może przetrwa – ale ziemia, planeta ludzi, jest w zagrożeniu. Fragmenty Edenu nie są dziełami ludzkich rąk – Abstergo Industries nie może więc przewidzieć ostatecznego efektu. Wszystko, co żywe, jest zagrożone. Największy skarb – wolna wola – może obrócić się w pył, jeśli Desmond zawiedzie.
Wcześniej młody asasyn uznałby taką sytuację za banał, za nierealistyczną materie – takie sytuacje jednak zmieniają się, podobnie jak nastawienie, gdy bierze się w nich bezpośrednio udział.














