„Same Problemy”

Świetlówka zawieszona pod dachem naczepy kołysała się rytmicznie, w miarę jak oddalaliśmy się od naszej kryjówki. Światło rzucało niepewne cienie na pudła wypełniające wnętrze naczepy. Siedziałem na animusie odkładając na bok ukryte ostrze, Lucy siedziała naprzeciwko mnie na dwóch wielkich pudłach machając nerwowo nogą. Wyglądała na zmęczoną i zmartwioną. Plamy krwi na jej ubraniu jeszcze nie zdążyły zakrzepnąć.

„Czy to możliwe, abyśmy jeszcze przed kilkunastoma minutami zabijali, a teraz spokojnie jak gdyby nigdy nic jechali do kolejnej kryjówki?”

- Czy ostrza towarzyszyły asasynom od samego początku?

Spytałem by przerwać uciążliwą ciszę, Lucy spojrzała się na mnie.

- Niestety nie wiemy, pierwszą wzmianką jaką udało nam się wyszukać dotyczy zabójstwa Kserksesa przez Dariusza. Pamiętasz? Jego pos…- Nie zdążyła dokończyć.

Pamiętam tylko siłę uderzenia która rzuciła mną o ścianę, cokolwiek działo się potem działo się za szybko. Pulsujący ból w głowie w głowie sprawił, że świat wydał się mglisty a wstając musiałem się podtrzymywać. Zauważyłem, że Lucy nie było w środku, a wrota naczepy stoją otworem. Nie pamiętam jak się wydostałem lecz na zewnątrz zobaczyłem czarnego SUV’a wbitego w szoferkę naszego vana i trójkę moich przyjaciół walczących z ludźmi noszącymi logo Abstergo. Nim zdążyłem im pomóc, poczułem ukłucie w szyję, po którym osunąłem się na kolana. Powoli zacząłem się oddalać od miejsca walki, gdy ludzie Vidica ciągnęli mnie do kolejnego SUV’a. Jeszcze zanim drzwi się zatrzasnęły, usłyszałem krzyk Lucy, po czym straciłem kontakt ze światem.


Pierwszą rzeczą jaką pamiętam po obudzeniu było niesamowicie jasne, pulsujące światło. Raziło mnie do tego stopnia, że czułem się, jakby wypalało mi oczy. Gdy odzyskałem resztę świadomości, spod przymkniętych powiek zobaczyłem poruszający się wokół mnie korytarz Abstergo i sunące po suficie świetlówki. Po chwili zrozumiałem, że leżę przypięty do łóżka szpitalnego. Przez cały czas słyszałem przytłumioną rozmowę dwojga ludzi. Starałem się nie otwierać oczu i nie ruszać, by nie zdradzić się z moją świeżo odzyskaną przytomnością. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się, rozmowa się urwała, a ja usłyszałem odgłos kroków.

- Czyżby to był Pan Miles?! Jakże się cieszę, że sprowadziliście go z powrotem w nasze skromne progi - głos Vidica przyprawił mnie o dreszcze - Co z resztą? - spytał się eskortującego mnie strażnika, tonem nie znoszącym sprzeciwu.

- Uciekli, Doktorze, nie zdołaliśmy ich zatrzymać, było nas za mało – odpowiedział niepewnie strażnik.

- Jak to „za mało”?! Kazałem przecież wyraźnie zmobilizować wszystkie drużyny.

- Niestety, Doktorze, po ataku na ich siedzibę nasze siły zostały osłabione. Zostały tylko dwie drużyny – powiedział strażnik z lękiem w głosie.

Najwyraźniej Warren Vidic zasłynął jako osoba źle reagująca na informację o ewentualnych porażkach.

- A maszyna? Widzieliście ją?

- Tak, Doktorze, widzieliśmy ją. Była…

- A odzyskaliście ją? – Vidic mu przerwał.

- Nie, Doktorze, nie zdążyliśmy. Było nas za mało, nie dalibyśmy sobie rady. Poza tym głównym celem było odzyskanie obiektu 17. Gdybyśmy…

- Nieważne! Dość tych wymówek! – wrzasnął Vidic.

Usłyszałem jak pochyla się nade mną.

- Najważniejsze, że Pan Miles zgodził się zaszczycić nas ponowną wizytą. – Mógłbym przysiąc, że się uśmiecha. – Zawieście go do ambulatorium i dajcie mu coś, by mógł porządnie odpocząć, rano muszę z nim poważnie porozmawiać – wydał stanowcze polecenie. Zanim ruszyliśmy usłyszałem tylko jak Vidic odwraca się i odchodzi szybkim krokiem.

- Jak ja nie cierpię tego kutasa – wyrzucił z siebie ochroniarz, gdy tylko minęliśmy pierwszy zakręt – załatwmy to jak najszybciej możemy, za niedługo kończę zmianę. – Lekarz bez słowa przyśpieszył kroku.

Po krótkiej chwili zatrzymaliśmy się, spod przymkniętych powiek zobaczyłem podwójne, szklane drzwi ambulatorium. Gdy lekarz zaczął wpisywać do nich kod, zacząłem się bać, że to moja ostatnia szansa na ucieczkę, lecz grube pasy nadal krępowały każdy, nawet najmniejszy, mój ruch. Gdy lekarz w końcu uporał się z drzwiami, wprowadził łóżko ze mną do środka, ochroniarz wszedł za nami zamykając drzwi.

Nagle poczułem jak lekarz rozluźnia krępujące mnie więzy. Po chwili miałem wolne ręce.

„To twoja ostania szansa Des, nie zmarnuj jej!“

Cały czas powtarzałem to sobie w głowie. W chwili, gdy już napinałem mięśnie, by zaatakować mojego oprawcę, usłyszałem jego głos.

- Pomóż mi przenieść go na łóżko – powiedział do ochroniarza.

Postanowiłem udawać grzeczne zwłoki jeszcze przez chwilę. Oboje złapali prześcieradło pode mną i jednym ruchem przenieśli na drugie łóżko.

- Nie przypniesz go z powrotem?

- Nie ma takiej potrzeby, zaraz dostanie taką dawkę środka usypiającego, że będzie spał jak dziecko do samego rana – odpowiedział mu podchodząc do ściany naprzeciwko mnie.

- W takim razie zaopiekuj się naszym „milusińskim“ – zaśmiał się ochroniarz. – Ja na dzisiaj już kończę. Na razie – pożegnał się i wyszedł z ambulatorium. Gdy zostałem sam na sam z lekarzem, pozwoliłem sobie otworzyć szeroko oczy. Zobaczyłem mały, prostokątny pokój, drzwi którymi mnie to wwieziono znajdowały się w lewym górnym rogu, na tej samej ścianie znajdowało się lustro zajmujące prawie całą ścianę. Zapewne weneckie, ponieważ nie mogłem uwierzyć w to, że dekoratorzy Abstergo postawili tutaj lustro z powodów czysto estetycznych. Stał naprzeciwko mnie, odwrócony do mnie plecami, przy wbudowanej w ścianę przeszklonej szafce z lekami. Zauważyłem, że ona również posiada zamek elektroniczny. Zastanawiałem się ile jeszcze takich drzwi stanie mi na drodze podczas mojej ucieczki. Gdy wypuścił powietrze ze strzykawki, zamknąłem oczy. Wiedziałem, że cokolwiek zrobię, będę to musiał zrobić szybko ponieważ nie wiedziałem czy ktoś nie czai się za lustrem obserwując nas. Podszedł do mnie i pochylił się nade mną. Cały czas starałem się panować nad oddechem, by nie zdradzić, że odzyskałem przytomność. Lekarz lewą ręką zaczął szukać żyły na mojej szyi, by się w nią wkłuć. Gdy jego palce się zatrzymały wiedziałem, że nadszedł właściwy moment. Jeszcze nim otworzyłem oczy już złapałem za obie jego ręce i wbiłem mu strzykawkę w lewą rękę , brutalnie wciskając tłok do oporu. Przerażenie zmieszane z zaskoczeniem malowało się na jego twarzy. Instynktownie jeszcze uderzyłem go krtań by nie mógł wezwać pomocy. Po chwili stałem już nad wiotczejącym ciałem lekarza patrząc na swoje ręce. Nie potrafiłem uwierzyć, że te wszystkie zdolności i ruchy nabyłem od moich przodków, na dodatek w tak krótkim czasie. Przynajmniej postąpiłem zgodnie z kodeksem Asasynów i nie odebrałem niepotrzebnie życia. Pomimo tego, że mogłem. A nawet chciałem. Nie zwlekając dłużej przebrałem się w ubranie mojego niedoszłego oprawcy, w jego kieszeniach znalazłem pęk kluczy, kartę z logo Abstergo i klucz dostępu, taki sam jaki ukradłem Lucy i Vidicowi podczas mojej pierwszej wizyty w siedzibie Abstergo. Natomiast jego samego ubrałem w swoje ubranie, przypiąłem do łóżka i obróciłem twarzą w stronę ściany, by osoba patrząca przez lustro nie mogła go odróżnić ode mnie. Podszedłem do szafki z lekami, przyjrzałem się dokładnie, po czym zbliżyłem do niej klucz dostępu. Na szczęście wystarczył i nie musiałem wpisywać żadnego kodu. Przeszukałem całą szafkę, szukając czegokolwiek co mogłoby mi się przydać. Pośród różnych fiolek, pudełek z tabletkami, strzykawkami i opatrunkami znalazłem trzy jednorazowe skalpele, które pochowałem do kieszeń kitla, mając nadzieję, ze go nie przetną i nie wypadną. Podchodząc do wyjścia z ambulatorium stwierdziłem, że skradzione ubranie zadziwiająco dobrze na mnie leży. Nawet czarne, skórzane buty były idealnie dopasowane, najwyraźniej szczęście było po mojej stronie. Zbliżyłem klucz dostępu do elektronicznego zamka w drzwiach, mając nadzieję, że i tym razem to wystarczy. Niestety na konsoli zamka zaświeciła się czerwona dioda. Za drugim razem użyłem karty, gdy karta prześlizgnęła się miękko między okładkami czytnika. Niestety zielona dioda nie przyniosła z sobą wyczekiwanej ulgi, ponieważ towarzyszyła jej komenda podania cztero-liczbowego kodu. Spróbowałem przypatrzeć się konsoli, by zobaczyć odciski palców, jak poprzednim razem. Nie wiedziałem czy mi się uda, lecz nie miałem nic do stracenia.

Po paru sekundach intensywnego wpatrywania się świat w końcu zblakł, gdy ujrzałem podświetlone przyciski ugięły się pode mną nogi. Chciało mi się wrzeszczeć, byłem zrezygnowany. Okazało się, że jeden z pracowników Abstergo najwidoczniej pomylił kod, dzięki czemu na konsoli zobaczyłem pięć święcących na czerwono przycisków.

- Cholera! – wrzasnąłem z desperacji uderzając pięścią w ścianę obok drzwi.

Gdy się uspokoiłem spojrzałem znowu na zamek, zobaczyłem wyraźnie ślady na przyciskach 7,6,0,2 i 1. Wiedziałem, że próba z kluczem dostępu sprawiła, że zostały mi tylko dwie próby. Spróbowałem kombinacji 2076 lecz znowu zapaliła się czerwona dioda. Oparłem się czołem o ścianę w kolejnym akcie desperacji. Po chwili przyszło oświecenie. Spojrzałem na konsolę, wszystkie ślady były wyraźne, jakby zrobione przed sekundą. Cały czas szukałem i porównywałem je, w końcu znalazłem to czego szukałem. Zauważyłem, że na jednym z przycisków dało się odróżnić poszczególne odciski palca, a na reszcie już zaczęły się zacierały. Odrzucając klawisz z numerem jeden zostały mi cztery klawisze. Niewiele myśląc znowu przesunąłem kartą między okładkami czytnika po czym wcisnąłem kombinację 2706. Gdy zaświeciła się zielona dioda, a drzwi bezszelestnie się rozsunęły, odetchnąłem z ulgą. Wyjrzałem na korytarz, by upewnić się czy nikogo nie ma. Upewniwszy się, że mam czystą drogę ruszyłem. Nie było sensu się kryć, ponieważ spartański wystrój siedziby Templariuszy nie dawał mi takiej możliwości. Z opuszczoną głową skręciłem od razu w lewo, starałem się naśladować drogę którą mnie tu przywieziono, lecz przychodziło mi to z trudem. Bez większych przeszkód minąłem parę pierwszych zakrętów, dopiero gdy z zakrętu wyszła młoda dziewczyna, w podobnym do mojego kitla, zacząłem się stresować. Podniosłem głowę, by nie przykuć niechcianej uwagi, a prawą rękę wsadziłem do kieszeni ze schowanym skalpelem, aby w razie konieczności zabić ją. Zbliżaliśmy się do siebie powoli, serce coraz bardziej mi waliło.

Przecież mogła widzieć wcześniej moją twarz?!

Zacząłem panikować, gdy się minęliśmy, chciałem odetchnąć z ulgą, lecz odezwała się do mnie.

- Jesteś tu nowy? – zapytała, a ja przełknąłem ślinę.

- Tak jestem tu od niedawna – odpowiedziałem jej, okazała się młodsza niż sądziłem. Wyglądała jakby dopiero co skończyła studia. – Właśnie kończę.

- Tak późno? Nie jesteś z działu badawczego, bo bym cię kojarzyła. W takim razie… – zacisnąłem dłoń na skalpelu, naprawdę nie chciałem jej krzywdzić - …musisz być tym nowym asystentem Doktora Warrena. – napięcie od razu zniknęło.

- Przejrzałaś mnie, to ja. Doktor Warren dopiero teraz mnie zwolnił do domu. – Starałem się uśmiechać, co nie bardzo mi wychodziło, lecz ona odwzajemniła mój uśmiech..

- Szczęściarz. Podobno Vidic jest ostry, ale dużo można się nauczyć u jego boku, to prawda? – spytała z szczerą fascynacją.

- To prawda, tyle się dzisiaj dowiedziałem, że aż mnie głowa boli – zaśmiałem się krótko – na szczęście już kończę. Mogłabyś wskazać mi drogę do wyjścia? Wstyd się przyznać, ale nadal się tu trochę gubię.

- Nie ma sprawy, chyba każdy z nas to przeszedł. Musisz teraz iść prosto tym korytarzem… – wskazała na korytarz z którego wyszła- …a potem skręcić w prawo. Dojdziesz w ten sposób do „Głównego Holu B”

- Dzięki wielkie, znowu ochrona musiałaby mnie odprowadzać – zaśmiała się, po czym również mnie pożegnała.

Idąc zgodnie z jej instrukcjami, już po paru chwilach trafiłem do opustoszałego o tej porze „Głównego Holu B”. Od razu skierowałem się w stronę windy. Nad jej drzwiami zobaczyłem duży elektroniczny zegar pokazujący 01.34.

W końcu wiem, która jest godzina.

Zaśmiałem się w duchu. Wiedziałem, że teraz już nic nie może pójść źle.


Myliłem się, działo się coś bardzo nie tak jak powinno. Świat zblakł, dookoła widziałem piękne kamieniczki. Spojrzałem na swoje dłonie, spod obu nadgarstków wystawały mi ukryte ostrza.

Co się ze mną dzieje!

Nagle ujrzałem człowieka otoczonego złotą poświatą, przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Stał do mnie bokiem. Był młody, wysoki, miał ciemny zarost i nosił bogato zdobione szaty. Zauważyłem medalion w kształcie krzyża u jego szyi i ten sam znak wyszyty na płaszczu. Jego złowieszcze oczy świdrowały mnie, w końcu wskazał na mnie palcem wskazującym po czym przejechał sobie po szyi kciukiem. Zaśmiał się szyderczo, jego głos wibrował mi w uszach niczym kościelne dzwony. Niespodziewanie zaczął uciekać, od razu rzucił się w najbliższą uliczkę. Podążyłem za nim, nie mogłem się powstrzymać, musiałem! To był mój cel! Moja misja! Wbiegłem za nim w uliczkę, oddalał się szybko. Biegłem za nim, nie tracąc go z pola widzenia, rozpychałem się pomiędzy mieszkańcami miasta. Odrzucałem ich na boki, lecz on nadal się oddalał. W końcu wrzaski mieszkańców sprowadziły straż która odcięła mi drogę. Nie mogłem stracić go z oczu! Biegłem prosto na strażników, podnieśli broń w pogotowiu. Gdy byłem niespełna trzy metry przed nimi zobaczyłem poustawiane skrzynie pod prawą ścianą uliczki, instynktownie na nie wskoczyłem. Zanim strażnicy zrozumieli, co się stało, już gnałem po skrzyniach, beczkach, wystających z budynków wspornikach i ramionach latarenek. Bez zastanowienia przeskakiwałem z jednej na drugą nie gubiąc z oczu mojego celu. Byłem coraz bliżej, nieuchronna sprawiedliwość zbliżała się coraz szybciej. Gdy byłem trochę ponad dziesięć metrów za nim zeskoczyłem powrotem na ulice, pędziliśmy jak wiatr.

Jego peleryna łopotała za nim szaleńczo, biegł nieludzko szybko. Zauważyłem, że biegnie prosto do willi znajdującej się na końcu uliczki. Przyśpieszyłem, zauważyłem że okna willi układają się w krzyż. Odległość między nami się zmniejszała, wątpiłem, czy zdążę go dogonić, zanim on zdąży się skryć wewnątrz swojej posiadłości. W ostatniej sekundzie, gdy wbiegał do posiadłości, a ja byłem niecałe 2 metry za nim, wyskoczyłem. Będąc w powietrzu zdążyłem schwycić go za ramię, świat dookoła niemal się zatrzymał. Moja ręka opadała ciężko, ostrze zbliżało się do jego szyi. Czułem jego przyśpieszony puls, ciężkie bicie serca. W chwili, gdy miał paść ostateczny cios. Gdy mój cel miał zginąć. A moja misja się wypełnić. Wizja się rozmyła. Spadłem ciężko w głębokim półprzysiadzie na obie nogi. Czułem się, jakbym ocknął się z głębokiego snu. Gdy się rozejrzałem, uświadomiłem sobie, że znajduję się w tym samym ogromnym pomieszczeniu pełnym animusów, przez które przekradałem się parę dni temu wraz Lucy. Nadal nie mogłem się otrząsnąć z szoku wywołanego tym, czego przed chwilą doświadczyłem. Gdy buzujące we mnie emocje opadły, skryłem się za ścianą, za którą poprzednio kryłem się z Lucy.

Czemu on mnie tutaj przyprowadził?! - pytałem sam siebie.

Zastanawiałem się nad moim obecnym położeniem. Znajdowałem się w pomieszczeniu pełnym uzbrojonej ochrony. Zamierzałem jak najszybciej się stąd wydostać, lecz nadal nie wiedzieliśmy, po co Templariuszom tyle animusów. Po krótkim namyśle stwierdziłem, że takiej okazji po prostu nie mogę przepuścić. Co najdziwniejsze, nie czułem lęku, lecz przyjemną ekscytację na myśl o rewanżu wobec nich. Zdecydowałem się ukraść rdzeń pamięci jednego z animusów. Wyglądając zza rogu zobaczyłem parę strażników idących głównym przejściem w przeciwną stronę. Podkradłem się do pierwszego boksu, zaczekałem, aż ochrona zniknie za zakrętem. Skradałem się wzdłuż boksów do pierwszej pary animusów, lecz gdy chciałem wejść do środka usłyszałem kroki dobiegające z miejsca w którym przed chwilą byłem. Czmychnąłem w boczną alejkę, minąłem stanowiska pracy po czym skręciłem w lewo, dochodząc do kolejnego głównego przejścia. Nikogo nie widziałem, ani nie słyszałem. Szybko wślizgnąłem się do przeszklonego pomieszczenia z animusem. Podszedłem do konsoli animusa i już po chwili trzymałem w ręku rdzeń pamięci. Nadal nie widząc nikogo w głównym przejściu, ruszyłem szybkim krokiem w stronę windy. Czułem przyśpieszony puls i buzującą adrenalinę. Gdy doszedłem do drzwi windy, znowu skupiłem wzrok na zamku elektronicznym, prawie od razu barwy znikły, a ja widziałem wyraźne odciski palców na czterech przyciskach. Tym razem jarzyły się czerwonym blaskiem przyciski 8,3,0 i 1. Przesunąłem kartą przez konsolę i wstukałem kod 3810, niestety zajarzyła się czerwona dioda. W tym momencie tym samym głównym przejściem którym się tutaj przekradłem, szedł w moją stronę wysoki, barczysty strażnik. Wiedziałem, że mnie widzi i zmierza w milczeniu w moją stronę. Jego ręka powędrowała w stronę składanej pałki wiszącej u pasa. Znowu przesunąłem kartą przez konsolę, tym razem ściskając ukryty w kieszeni skalpel i wstukałem kod 8013. Od razu zajarzyła się zielona dioda a drzwi windy otworzyły się. Wszedłem do niej i nerwowo naciskałem guzik z literką „P”. Strażnik zaczął biec w moją stronę krzycząc bym się zatrzymał. Niestety nie zdążył, drzwi windy zasunęły mu się przed nosem. Z walącym sercem usiadłem, jechałem windą w dół na parking. Nie mogłem uwierzyć w moje szczęście.

Gdy rozległ się dźwięk zatrzymującej się windy zerwałem się na równe nogi. Musiałem teraz szybko znaleźć środek transportu, zanim mój prześladowca zjedzie za mną. Podszedłem do najbliższego auta, ale było zamknięte, podobnie jak dwa następne. Gdy usłyszałem dźwięk nadjeżdżającej windy, przypomniałem sobie o pęku kluczy spoczywającym w mojej kieszeni. Był w nim kluczyk do auta, podniosłem rękę z nim wysoko, by sygnał dotarł do auta, nawet jeśli znajdowałoby się daleko. Gdy nacisnąłem przycisk, światła w pobliskim srebrnym aucie zaświeciły się. Z uśmiechem zacząłem iść w jego stronę, lecz słysząc dźwięk otwierającej się windy odwróciłem się. Wewnątrz zobaczyłem Vidica w akompaniamencie dwóch rosłych strażników.

- Panie Miles, czyżby nagle zbrzydło Panu nasze towarzystwo? – powiedział Vidic wychodząc z windy razem z swoją obstawą – Brać go! Ma być żywy! – rozkazał nie czekając na moją odpowiedź.

Oboje od razu na mnie ruszyli z wyciągniętymi pałkami, wyglądali jak szarżujące nosorożce. Pochylając się wsadziłem ręce do kieszeni wyczuwając w nich skalpele.

Ochroniarze zbliżali się, zdążyli zobaczyć tylko srebrne błyski w chwili gdy skalpele naraz wbiły im się w szyję. Padli nieżywi na ziemię, zalewając ją jasnoczerwoną krwią.

- Zaiste, Panie Miles, same z Panem kłopoty – rzekł Vidic wycofując się do windy. Widział jak wyciągam ostatni skalpel z kieszeni i biorę potężny zamach. Warren stał wyprostowany z podniesioną wysoko głową w windzie nerwowo naciskając klawisz windy. Gdy rzuciłem, widziałem jak skalpel powoli leci w stronę swojego celu. Przerażenie malowało się na twarzy Vidica, gdy zauważył zbliżające się ostrze. W chwili gdy drzwi windy zaczęły się zamykać, ostrze dosięgło celu. Niestety zbyt duża odległość sprawiła, że trafiłem Warrena w bark. Gdy drzwi się zamknęły, zobaczyłem jak Doktor osuwa się na podłogę. Nie czekając wskoczyłem do auta i z pedałem gazu wciśniętym do oporu wyjechałem z podziemnego parkingu Abstergo łamiąc po drodze biało-żółty szlaban. Jadąc ulicami miasta zastanawiałem się, jak znajdę swoich przyjaciół. Jednak na pierwszych światłach, gdy w aucie stojącym obok mnie otworzyło się okno, serce podskoczyło mi do gardła. Ponieważ obok mnie stali w aucie moi przyjaciele uśmiechając się radośnie.



Autor: Malhavoc
Data dodania: 05.09.2010

Komentarze

1. Nuvaler - 07.09.2010, 17:18
To powinno zająć pierwsze miejsce :D. A koniec najlepszy.

2. Dexter - 07.09.2010, 22:10
Niezłe. Cholera, co ja piszę, jakie niezłe. Świetne powinienem napisać! :P Widać, że masz talent do tego :)

3. Vasetloth - 19.09.2010, 10:54
Tak jak pozostałe opowiadania, tak i to jest według mnie bardzo dobre. Zasłużona wygrana ;)

Pokaż wszystkie komentarze (3)

Nick*: E-mail: Treść*: Czy jesteś botem? (Proszę zaznaczyć "Nie")
TakNie