Opowiadania i komiksy

Kret

Część 2

Alex wychodził ze szpitala. Po pięciu dniach menelskiego życia rany zaczęły ropieć i nie dawać spokoju. Lekarz trochę się pomęczył, zanim wyciągnął wszystkie małe kawałki szkła, które zostały w ręce. Teraz wszystko wyglądało lepiej. Znieczulenie jeszcze działało, więc po raz pierwszy ramię prawie nie sprawiało problemów. Był głodny, od wczorajszego wyśmienitego kebabu minęło już dużo czasu. Asasynowi zaburczało w brzuchu na wspomnienie ostatniej zdobyczy. „Policja jest przewrażliwiona, za ten napad to rozumiem, ale ukradnięcie dwunastolatkowi kebabu? I tak był najedzony. A za wredne machanie głodnemu jedzeniem przed nosem małemu grubasowi się należało” - myślał Alex. Miał w głowie ułożony plan, co dalej ze sobą robić. Pięć dni bez dachu nad głową nie przybliżyło go nawet w małym stopniu do odkrycia zdrajcy. Poddał się, dalsze żebranie na ulicach i kradzieże jedzenia pod nosem asasynów i templariuszy były ryzykowne. Postanowił, że pójdzie do innej dzielnicy, tam odbije się trochę od dna, a potem wyjedzie do innego miasta, może do Bristol, albo do Newcastle. Zaszyć się gdzieś na jakiś rok i zacząć życie od nowa, nie udzielać się więcej w tej wojnie, o ile tak dałoby radę. Tak czy inaczej, nie było sensu dalej się tu narażać. Było około 9 rano i mało ludzi chodziło jeszcze po ulicach. Nagle poczuł dziwne mrowienie na plecach. Czuł, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się. Nikogo podejrzanego nie zauważył, nawet wzrokiem orła. Przeszedł przez drzwi i dalej czuł czyjeś spojrzenie. Odszedł jeszcze trochę. Obrócił się gwałtownie. Za nim stał Vincent, trzymał pistolet z tłumikiem. Alex rzucił się do ucieczki, bo nie poradziłby sobie z bardziej doświadczonym asasynem wyposażonym w broń palną. Skręcił w bok, kiedy Vincent strzelił. Prześladowca nie trafił, wkurzony przyspieszył. Alex stracił go na chwilę z oczu i szybko wpiął się na dach. Spojrzał za siebie, Vincent zręcznie właził po ścianie. Niby po czterdziestce, ale taki bieg go prawie nie męczył. Młodszy asasyn biegł wytrwale dalej. Dach się kończył. Skok. Alex był już na innym budynku. Ominął komin i znalazł się na krawędzi. Kolejny dach był za daleko, Vincent z bronią za plecami. Jedynym sposobem ucieczki były stare linie telefoniczne rozpięte między budynkami. Alex zaczął biec po drucie, ale po chwili stracił równowagę. Powietrze przeciął odgłos strzału. Kula minęła głowę o parę centymetrów. Asasyn spadł, ale udało mu się złapać linię. Poruszając się do góry nogami doszedł do kolejnego dachu. Rozbujał drut, po którym teraz szedł Vincent. Pistolet wypadł z reki prześladowcy kiedy ten łapał utraconą równowagę. Alex biegł dalej. Przeskoczył na następny dach. Koniec. Nie było innej budowli w zasięgu skoku, ani linii telefonicznych.

- Koniec drogi - powiedział Vincent, wyjmując nóż.

Nie było wyjścia, trzeba było stanąć do walki. Wysunął białe ostrze z rękawa. Zablokował pierwszy cios i zręcznie odskoczył przed kolejnym. Kopnął Vincenta, ten się zgiął i po chwili mocno oberwał pięścią. Ostrze jednak go nie dosięgło, był lepszy niż Alex się spodziewał. Ścigany zaatakował znowu i już leżał na plecach. Zobaczył błysk noża, przeturlał się w bok i szybko stanął na nogach. Kolejny cios z półobrotu perfekcyjnie zablokował. Zaatakowali jednocześnie. Klingi spotkały się z kaleczącym uszy zgrzytem. Vincent spróbował podciąć mu nogi. Alex podskoczył nad nogą przeciwnika i zaraz wykonał szybki przewrót w bok, szczęśliwie uniknął śmiertelnego ciosu. Zręcznie kontratakował z finezyjnym piruetem. Blok. Vincent złapał go za szmaty i podniósł do góry. Haker przełamał mocny chwyt i wściekle zamachnął się ostrzem. Trafił. Przeciwnik zachwiał się, a na jego plecach pojawiła się prosta, krwawiąca rana. Alex wymierzył cios, jednak Vincent go odepchnął. Ścigany był teraz na krawędzi na wysokości pięciu pięter. Vincent skoczył w przód, celując nożem w jego serce. Młodszy asasyn w ostatniej chwili wykręcił mu rękę. Broń upadła. Miał już zakończyć walkę ostatnim, śmiertelnym cięciem w szyję, lecz nie udało mu się. Dostał potężnego kopniaka w brzuch i spadł z dachu. Ziemia zbliżała się w zawrotnym tempie. Alexowi na szczęście udało się złapać latarnię i zsunąć się po niej na chodnik. Ludzie gapili się na niego. Niektórzy nawet bili brawo. Asasyn odszedł szybkim krokiem i wtopił się w tłum. W większej grupie ludzi był bezpieczny. Prześladowca nie odważyłby się zabić go przy świadkach. Przez jakiś czas był śledzony, ale w końcu zgubił Vincenta. Zawędrował w ten sposób pod kościół, zaraz miała zacząć się msza. Nagle asasyna oświeciło. „Idioto! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłeś?!” - powiedział do siebie w myślach. Wszedł do świątyni. W Boga przestał wierzyć sześć lat temu, po śmierci ojca. Przed oczami stanął mu płonący samochód, ale szybko odpędził to wspomnienie. Nie przyszedł tu by się modlić, miał zupełnie inny cel. Usiadł w ławce koło jakiejś starszej pani, która skrzywiła się na jego widok. Czekał, przez prawie całą mszę. Wreszcie wyczekiwany moment nadszedł. Zbierali na ofiarę na budowę kościoła. Kapłan wreszcie podszedł do Alexa i wyciągnął rękę z tacą. Oburzenie było zaiste ogromne. Obdarty menel po prostu wziął w garść drobniaki i wepchnął szybkim ruchem do kieszeni kurtki. Krzyknął „Dzięki!”, wyskoczył z ławki i wyszedł z kościoła. Tym prostym sposobem zdobył prawie 3 funty.


Deszcz, ból i Curtis z karabinem. Te rzeczy nie dawały Alexowi spokoju. Poruszał się szybko i cicho od cienia do cienia. Uciekał teraz przed całą trójką asasynów. Środki przeciwbólowe przestały już działać. Możliwości znów były ograniczone. Haker przechodził przez kolejną ulicę, kiedy jego oczom ukazała się Alice, na szczęście go nie zauważyła. Szybko wskoczył za śmietnik. Na nią musiał szczególnie uważać. Bez osłony dziewczyna zobaczyłaby go na złoto, dzięki Orlemu Wzrokowi. Poczekał, aż przeszła i wyszedł z kryjówki. Nagle po okolicy rozległ się hałas. Asasynka odwróciła się. Alex chwycił pokrywę kosza na śmieci i zasłonił się nią jak tarczą. Strzały. Nic mu się nie stało, biegł przez brudne kałuże. Woda lała się zimnymi strumieniami. Kolejny nabój trafił w róg budynku, za który wbiegł. Drzwi były otwarte. Stał w obdrapanym, ciemnym korytarzu. Usłyszał skrzypnięcie zawiasów. „To ona” - pomyślał i zbiegł w dół po schodach. Poczekał. Dźwięki kroków oddalały się. Powoli i ostrożnie wyszedł na parter. Było pusto, więc szybko wyszedł na zewnątrz. Zza rogu wyskoczył Vincent. Alex przyśpieszył i skoczył z wału w dół. Kula go nie trafiła. Był znowu nad rzeką. Asasyni już po niego biegli. Wszedł pod jakąś drewnianą konstrukcję i schował się za beczkami. Zobaczył zespół.

- Gdzie on jest, do cholery?! - wykrzyknął Curtis.

- Zamknij mordę. Teraz na pewno cię usłyszał. Alice, weź, rozejrzyj się - powiedział cicho Vincent.

- Nic. Tu go nie widać. Pewnie uciekł.

- Dobra, ja tu poczekam. Alice, ty w prawo, Curtis w lewo, potem przyjdźcie tu z powrotem.

Prześladowcy rozdzielili się. Nie było wyjścia, Alex czekał. Mijały kolejne minuty. Dawny przywódca rozglądał się i szukał celu. Wreszcie się oddalił. Ścigany poczekał jeszcze chwilę.

Miał już wychodzić z ukrycia, kiedy do pomostu podjechał jakiś samochód. Z auta wyszło dwóch wysokich ludzi, podeszli do bagażnika i wyciągnęli z niego związanego mężczyznę. Asasyn obserwował wszystko w napięciu. Spojrzał na nich wzrokiem orła. Dwóch wrogów i jeden przyjaciel. Czekał. Nieprzyjaciele wrzucili sojusznika do wody. Po skończonej, brudnej robocie szybko odjechali. Alex wyskoczył z ukrycia i popędził w kierunku rzeki. Wskoczył do lodowatej wody. To był Robert. Opadał już z sił i zaczynał się topić. Haker szybko poprzecinał ostrzem taśmę krępującą przyjaciela. Wyrzucił go na brzeg i za chwilę był koło niego. Osiemnasty wypluł wodę. Był posiniaczony, z licznych małych i większych ran leciała krew. Miał poprzecierane nadgarstki i poobijaną twarz.

- Pierdolony sadysta. Przepraszam… - powiedział do Alexa.

- Spokojnie. Jaki… - nie dokończył.

- To Mike!

- Co Mike? Jest sadystą?!

- Nie. Przepraszam, powiedziałem im..

- Po kolei, bo cię nie rozumiem. Co Mike? On żyje?

- MIKE NAS ZDRADZIŁ! Żyje! - wykrzyknął Robert. Alexa przeszedł dreszcz. Wreszcie coś ruszyło.

- Gdzie on teraz jest?

- Może kręcić się… pod Abstergo, albo jest w środku.

- To tam ci to zrobili?

- Tak.

- Kto?

- Pojebus Percy. Mogliście nie zabijać starego Turnera, jego synek jest jebnięty…

- Możesz wstać?

- Ehe…

Alex pomógł przyjacielowi się podnieść, widział jednak, że nie da rady dotrzeć do lekarza.

- Zostań tu. Zespół ma się tu zjawić za jakiś czas.

- Po co na nich czekać? Bierz motor i jedziemy do kryjówki.

- Motoru już nie ma, a ja nie mogę na chwilę obecną się tam pojawić.

- Co? Czemu, co się stało po walce?

- Nie będę ci teraz opowiadał. Jak już asasyni cię znajdą, to powiedz im wszystko.

- Ok.

Alex ulotnił się i poszedł do metra.

Wyszedł z podziemia. Otaczały go wysokie budynki, nowe i stare. Spojrzał na Big Bena, w nocy świetnie wyglądał. Lubił Westminster, zawsze chętnie tu siedział, kiedy nie było nic do roboty. Nie było jednak czasu na podziwianie widoków. Pobiegł pod biurowiec Abstergo.

Był już blisko. Zobaczył swoje niedawne miejsce pracy. Zatrzymał się w cieniu i rozejrzał. Pusto, o 2 w nocy mało ludzi kręciło się po ulicach. Zaczął się zastanawiać jak tam wejść, kiedy jak na życzenie z budynku wyszedł Mike. Alex zaczaił się pod ścianą. Kiedy lekarz przechodził obok chwycił go za kurtkę i wciągnął za róg. Przycisnął go do ściany i zagroził mu ostrzem. W porównaniu z Robertem nic wielkiego mu się nie stało. Miał tylko parę małych siniaków.

- Alex! Nie! Poczekaj wszystko wyjaśnię…

- Co tu wyjaśniać? Zdradziłeś nas, do cholery!

- Ja n- nie miałem wyjścia! On zagroził, że zabije moją rodzinę. Nie mogłem p- pozwolić by coś się im stało.

- Przecież mówiłeś, że nie masz rodziny, kiedy cię rekrutowaliśmy.

- M- mam brata, który ma rodzinę. N- nie mogłem pozwolić, by zabił niewinne dzieci. On by to zrobił, dla tego miecza.

- Kiedy cię znalazł?

- W niedzielę, szedłem po leki.

- Idziemy - powiedział szorstko Alex, ciągle grożąc zdrajcy ostrzem.

- To nie przyszedłeś minie zabić?

- Najpierw muszę oczyścić siebie z zarzutów. Vincent myśli, że ja nas wydałem.

Popchnął Mike’a przed siebie, kiedy lekarz krzyknął „UWAGA!!!”. Alex nie zdążył odskoczyć. Ktoś ogłuszył go uderzeniem w tył głowy.


Średniowiecze. Wysoki król o jasnych włosach podszedł do okrągłego stołu, przy którym stali rycerze. Wojownicy ukłonili się i usiedli razem z władcą. Alex przyglądał się temu. Był jakby we śnie, nie miał ciała, ale widział i myślał. Król sięgnął do pasa i wyciągnął swój miecz. Komnata wypełniła się złotym światłem promieniującym z Fragmentu Edenu 25 trzymanego przez monarchę. Nagle asasyn poczuł się dziwnie. Wszystko, co widział zaczęło się rozmazywać, dwoić i troić. Przestał cokolwiek widzieć. Oślepiło go zimne, białe światło jarzeniówki, kiedy otworzył oczy. Słyszał jakieś głosy, coś w rodzaju „tracimy go” itd. Brzmiało trochę jak lekarze. „Jestem w szpitalu?” Obrócił lekko głowę i zobaczył nad sobą Percy’ego. Nagle zorientował się, gdzie był, i co gorsza, na czym siedział. Animus. Asasyn stracił panowanie nad sobą. Ogarnęła go furia i strach jednocześnie. Wyrwał jedną rękę z kabli i uderzył Turnera w twarz. Zaczął się szarpać i prawie by uciekł, gdyby ktoś go nie uderzył. Zdezorientował się i jacyś ludzie w kitlach złapali go za ręce, i przygnietli do maszyny. Poczuł, że coś mu wstrzyknęli. Natychmiast urwał mu się film. Powrócił do króla Artura.


Alex obudził się. Zaczynał się drugi tydzień życia jako obiekt 19. Miał dziwny i niespokojny sen. Widział szybko zmieniające się obrazy, wspomnienia swoje i króla Artura. Słyszał fragmenty rozmów. Zapamiętał koniec snu. Panią Jeziora i jej głos „Wróćcie, gdy będziecie gotowi i odkryjecie dziedzica. Nie każdy człowiek może zdobyć moc Fragmentu Edenu”. Moc Miecza była duża. We wspomnieniach króla Artura miecz potrafił przeciąć wszystko, wytwarzał coś w rodzaju oślepiających, śmiercionośnych błyskawic, ten, kto go posiadał, stawał się nadludzko silny i był odporny na wszystkie ataki. Fragment Edenu pozwalał również przewidywać ruchy przeciwnika, ba, całej armii. Z tak potężną bronią templariusze mogliby pokonać asasynów raz na zawsze, a wtedy nikt nie przeszkodziłby im w realizacji swojego planu pozbawienia ludzi wolności. Była tylko jedna przeszkoda, przez którą templariusze jeszcze nie zaczęli niszczyć przeszkadzającego im zakonu. Miecz po prostu nie działał. Co by się nie zrobiło, nie miał tych mocy, był nieprzydatnym kawałkiem metalu, który nie powinien istnieć. Dlaczego tak się działo, nikt nie wiedział. Na trop naprowadził ich Robert, po tym, jak wreszcie opowiedział o wydarzeniach w krypcie. Percy postanowił zacząć szukać przyczyn u człowieka, który otworzył bramę. Na nieszczęście dla niego, zjawił się pod firmą dzień później. Nic jednak nie ruszyło, kończyli już sesję, a powodu nie działania miecza dalej nie znano, a co dopiero sposobu na ponowne użycie jego mocy. Alex rozejrzał się po swojej małej, szarej celi. Znajdowało się tu tylko łóżko i jakiś taboret, na którym stał zegarek. 7.30. Za pół godziny mieli przyjść ochroniarze z czymś do jedzenia, a potem Percy i Sandra. To miała być już ostatnia sekwencja wspomnień. Szybko skończyli w porównaniu z Robertem, w końcu tamtego trzymali po kilka godzin, a Alex wychodził z Animusa raz na dwa dni, albo jak coś się zepsuło. Animus był nowy i dużo lepiej działał od poprzedniego, zepsutego, podczas pierwszej próby ratowania Roberta. Teraz tamte wydarzenia wydawały się Alexowi strasznie dawne i odległe. Jednak mimo ulepszeń maszyna nie była idealna i czasem się psuła. Tak było wczoraj. Po całkowitej desynchronizacji i wyrzuceniu ze wspomnienia, zerwał się na nogi i uciekł z A3. Jego wyczyn skończył się oberwaniem paralizatorem. Usiadł na łóżku i podrapał się po brodzie. Miał zarost, nie dawano mu do ręki ostrych przedmiotów. Prawe ramię już prawie się zagoiło, asasyni powracali do zdrowia szybciej. Przez swój sen zaczął myśleć o przygodzie w krypcie. „Może Pani Jeziora przewidziała jakoś atak templariuszy i dla tego nie chciała, żebyśmy go zabrali. Wtedy, jak tak dziwnie zgasł, może jakoś go zmodyfikowała, żeby nie użyli go wrogowie. Może Fragment Edenu z czasem przestał działać. Może faktycznie mocy miecza mogła używać odpowiednia osoba, ten dziedzic”. Alex mógł tylko się domyślać. Włączył mu się wzrok orła, ostatnio nie miał panowania nad swoim talentem i musiał widzieć na niebiesko. Przez celę nagle przeszli półprzeźroczyści rycerze okrągłego stołu. Asasyn zamrugał parę razy, by pozbyć się uciążliwych halucynacji zdarzających się coraz częściej. „Za dużo animusa” - pomyślał i wstał.

Było już 15 minut po ósmej, Percy się spóźniał, co nie zdarzało się mu nigdy wcześniej. Alex siedział w kącie celi, próbując zgadnąć, co go zatrzymało. Popatrzył na zegarek, mijały kolejne minuty, coś było nie tak. Czekał. W końcu drzwi otworzyły się. Asasyn podniósł głowę i ku swemu zdziwieniu zobaczył przed sobą Vincenta.

- Nie spodziewałem się, przyszedłeś do siedliska templariuszy tylko po to, żeby mnie zabić? - zaczął Alex.

- Nie pieprz głupot tylko wstawaj! Potrzebujemy cię, dobrze, że spojrzeliśmy na monitoring. Robert wszystko nam powiedział - przywódca podał mu rękę i pomógł wstać. Zmierzył hakera wzrokiem. - Źle wyglądasz.

Przed nim stał wyraźnie chudszy, zarośnięty Alex z podkrążonymi oczami i lekko obłąkanym spojrzeniem. Uśmiechnął się kwaśno. Miał limo pod lewym okiem, z prawej strony jego czupryny wystawało trochę siwych włosów. Vincent rzucił mu ukryte ostrze, na którego widok młodszy asasyn bardzo się ucieszył. Dobrze było mieć niezawodną broń przy sobie.

- To jaki mamy plan, szefie? - spytał Alex z błyskiem w oku.

- Prosty, masz tylko pomóc Alice zabrać Miecz. Jest w laboratorium, B12. Tracimy kontrolę, więc przyda nam się jeszcze jeden człowiek - przywódca dał mu identyfikator Sandry. - Ja pomogę Curtisowi.

- Ok.

Rozdzielili się, Alex pobiegł w kierunku laboratorium, po chwili Vincent zniknął mu z oczu. Pokierował się w stronę B12 kiedy z pomieszczenia przed nim wypadli ochroniarze. Alex nie zatrzymywał się. Pierwszy z nich, pewny swojej przewagi zamachnął się pałką. Asasyn skoczył, unikając ciosu i spadł na swojego przeciwnika, przebijając mu gardło. Widząc, że obiekt 19 ma broń, ochroniarze wściekle zaatakowali wszyscy razem. Haker zrobił zręczny przewrót w bok, dezorientując przeciwników, którzy uderzyli się nawzajem. Nie czekając, wbił ostrze w kark pierwszego, by za sekundę zlikwidować kolejnego zabójczym ciosem w serce. Został jeden, teraz wydawał się być mniejszy i przestraszony, jednak dalej próbował go ogłuszyć. Alex zaatakował, przeciwnikowi udało się zablokować cięcie. Obiekt 19 uchylił się przed krzywym ciosem i mocno kopnął mięśniaka w brzuch. Gdy ten się zgiął, asasyn brutalnie wbił mu ostrze w plecy. Na ziemi leżały cztery krwawiące trupy, ściany były poplamione na czerwono. Zabójstwa dały mu jakąś chorą satysfakcję, aż sam siebie nie poznawał, nie było jednak czasu na zastanawianie się nad tym. Wziął od jednego pistolet i popędził dalej. Po chwili napotkał jeszcze jedną taką grupkę, która po minucie skończyła tak samo jak ich poprzednicy. Był już prawie w B12, kiedy z bocznych drzwi niespodziewanie wyskoczył na niego jeden z najemników, którzy wtedy zaskoczyli ich w kryjówce. Złapał go i przygniótł. Zdezorientowany asasyn dźgnął ciężkiego przeciwnika pod ręką. Napastnik nie poddawał się mimo rany na żebrach, podniósł skrytobójcę i z całej siły uderzył nim o ścianę. Alex zatoczył się i wypluł krew, szumiało mu w głowie. Zobaczył, jak napakowany facet z dezaprobatą krzywo się uśmiecha i wyciąga pistolet. Błyskawicznie uchylił się przed strzałem i rzucił się na wroga. Wytrącił mu broń z ręki, ale przeciwnik uniknął śmierci, brutalnie go odpychając, był silny. Asasyn poleciał metr do tyłu, chciał wstać, ale poślizgnął się na krwi. Napastnik już był za nim, chwycił go za głowę, by wszystko zakończyć skręceniem karku. Nie udało mu się, w ostatnim momencie Alex nie patrząc, zastrzelił go. Obolały morderca podniósł się i wszedł do B12, używając klucza Sandry. To było zdecydowanie największe pomieszczenie na 14 piętrze, na środku za szybami znajdował się Miecz trzymany przez jakieś mechaniczne ramiona. Naokoło stały biurka z komputerami i jakimiś innymi urządzeniami, których przeznaczenia asasyn nie znał. Wszystko było sterylnie białe, meble wykonano z metalu i szkła. W laboratorium było pusto, coś jednak było nie tak. Miał pomagać Alice, której nigdzie nie było widać.

Zaniepokojony, zabrał się za sterowanie ramionami robota. Szło mu nie najgorzej, więc wkrótce Fragment Edenu spadł z brzęknięciem na podłogę. Alex podniósł Miecz. Przeszedł go dreszcz i ciepło rozeszło się po jego ciele od dłoni trzymającej broń, poczuł się silniejszy. Całe pomieszczenie wypełniło jasne, złote światło bijące od Fragmentu Edenu. Trzymał przedmiot, dla którego zginął jego najlepszy przyjaciel, a reszta się narażała, wreszcie to mogło się zakończyć. W głowie pojawiła mu się myśl „cholera, może jestem dziedzicem”. Euforię przerwał mu dobrze znany, znienawidzony głos.

- Rzuć Miecz, Ryder, albo ona zginie! - krzyknął do niego po nazwisku Percy.

Alex Spojrzał w jego stronę. Templariusz, jak zwykle paskudnie się uśmiechał. W mocnym uścisku trzymał Alice ze sztyletem na gardle. Za nim stał tłum ochroniarzy i najemników Abstergo. - Zastanów się. Miecz albo ona, masz wybór…

Alex stanął przed wyborem, najtrudniejszym ze wszystkich dotychczasowych. Z jednej strony przedmiot, od którego zależy dalszy los asasynów, z drugiej najukochańsza osoba. Dłoń nie puszczała rękojeści, tak jakby Fragment Edenu chciał mu służyć i zabraniał rozluźnić uścisk. Serce nie zniosłoby straty Alice, a sumienie, którego resztki jeszcze posiadał, wypominałoby mu to do końca życia. Alex był na granicy rozpaczy, kolejne sekundy mijały, Percy nie odpuszczał i dalej wlepiał w niego spojrzenie swoich zielonych oczu.

- Może wreszcie zaczniemy działać, szefie, mamy go na widelcu przecież, zakończmy to! - Jeden z najemników widocznie się zniecierpliwił.

- Nie! Nic nie róbcie, chcę zobaczyć, co zrobi. Heh… ja mam czas… Nie wiem jak wy. - Percy bawił się wyśmienicie, oglądając cierpienia asasyna w rozterce. Co jakiś czas wydawał z siebie chory, syczący śmiech.

- Alex, bierz miecz! Zginiemy, jak go zostawisz!!! - krzyknęła Alice.

- Cicho!!! - Templariusz mocniej docisnął sztylet do gardła asasynki. Po jej szyi pociekła wąska strużka krwi.

Alex nie mógł dalej tego znosić, podjął już decyzję.

- Co robić, wziąć miecz i skazać ukochaną na śmierć? Czy może dać go mi i uratować miłość…

Asasyn zaczął walczyć ze swoją ręką, nie myślał trzeźwo, teraz tylko widział Alice. W tej chwili nic dla niego się już nie liczyło. Udało się. Miecz głośno upadł na podłogę. Alex opadł z sił.

- Dobrze wybrałeś… - powiedział znienawidzony templariusz, zabierając sztylet i rozluźniając uścisk.

Wtedy zdarzyło się coś, czego nawet sam Percy nawet nie przewidział. Żądza zemsty trawiąca go od śmierci Josepha wzięła górę. Działał w szaleństwie. Powietrze przeciął przeraźliwy krzyk dziewczyny. Templariusz brutalnie wbił sztylet z krzyżem w bok Alice, zabójczyni jego ojca.


Furia. Alex teraz czuł tyko palący go od środka wściekły ogień. Wszystko widział za czerwoną łuną. Chwycił Miecz i z głośnym, przeciągłym rykiem skoczył na znienawidzonego Percy'ego. Templariusz stał w miejscu zastanawiając się, co tak właściwie przed chwilą zrobił. Spragnione krwi ukryte ostrze rozcięło jego gardło. Rozległ się odgłos strzałów. Kule po prostu odbiły się od asasyna trzymającego rozjarzony Fragment Edenu. Zamachnął się Mieczem z prawej, który wysłał przed siebie oślepiającą błyskawicę. Wszyscy, którzy nie zdążyli się uchylić, zostali przecięci, przepaleni na pół złotym światłem. Na ścianach wokoło pozostały czarne, wypalone ślady. Ocaleni w panice uciekali przed oszalałym mordercą. Alex wziął najbliższe biurko i rzucił nim z nadludzką siłą w grupkę ochroniarzy. Mordowanie dawało mu teraz dziką, nieludzką satysfakcję, a nawet chorą radość. Pobiegł za resztą uciekającą korytarzem do windy. Przeciął powietrze na ukos wysyłając kolejną błyskawicę. Słabł po każdym takim ataku. Następni przeciwnicy rozkawałkowani, na podłodze i suficie rozciągały się dwie czarne rysy. Światło zaczęło mrugać, przecięte przewody tworzyły snopy iskier. Miał ochotę rozwalić całą tą pierdoloną firmę. Nagle w głowie pojawiła mu się jedna myśl – ALICE. Ogień przygasł stłumiony strachem i rozpaczą. Asasyn wpadł do B12. Leżała skulona na ziemi we wciąż rosnącej kałuży krwi obok Percy'ego z rozerwanym gardłem. Alex upadł przy niej na kolana. Oddychała. W asasyna wstąpiła nowa nadzieja.

- Alice?

- Zostaw mnie… bierz ten… cholerny Miecz… i uciekaj…

- Nie! Nie umrzesz, rozumiesz?!

- Musisz… zanieść Miecz…

- Nie, ty go trzymaj, a ja poniosę ciebie. - Asasyn dał Alice Fragment i jak najostrożniej potrafił, wziął ją na ręce.

Wybiegł na korytarz, był zmęczony, nie mógł się jednak poddać, nie teraz. Miecz uodparniał na wszelkie obrażenia, ale nie leczył. Każdą sekundą Alice była bliżej śmierci. Za nimi nagle wypadł tłum najemników, Alex przyśpieszył i w ostatnim momencie uchronił się przed śmiercią, wbiegając za róg. Prosto na nich wpadli Vincent i Curtis. Przywódca chciał wyjaśnień, ale nie było na to czasu. Starszy asasyn wybiegł naprzeciw wrogów. Wziął miecz, który w jego ręce dalej działał. Kilkoma błyskawicami pozbył się wszystkich przeciwników.

- Dalej! Na dach! - krzyknął do nich i pobiegł w kierunku windy.

Alex nie pytał dlaczego tam, popędził jak najszybciej umiał z Alice w ramionach za nim. Asasynka słabła, stawała się coraz zimniejsza, jej oczy powoli gasły. Plama krwi na bluzie powiększała się. Alex popadał w coraz czarniejszą rozpacz, nie mógł dopuścić nawet myśli o jej śmierci. Zatrzymał się i wszedł do pomieszczenia z lewej strony.

- Alex, co ty robisz, do jasnej cholery!? – warknął na niego Vincent i wszedł do środka.

- Alice umiera! Trzeba coś zrobić.

- Alex ma rację - wtrącił Curtis i zamknął drzwi.

Położyli ranną na jednym ze stojących tam biurek, przedtem zrzucając cały sprzęt na podłogę.

- Znalazłem! - krzyknął Alex, wyciągając z szafki apteczkę. - Są w większości pomieszczeń.

Vincent wyciągnął wszystkie bandaże i zatamował krwotok. Rana była dość głęboka, jednak według przywódcy ważne narządy nie zostały mocno uszkodzone. Alex trzymał ją cały czas za rękę. Wtedy drzwi zamknęły się, ktoś sterował nimi z innego miejsca. Przez wentylację do pomieszczenia zaczął wlatywać jakiś gaz.

- Cholera! Zagazują nas!!! - wrzasnął Curtis i z impetem przywalił w drzwi, które nie ustąpiły. - Przestań! - powstrzymał go Alex, podszedł do drzwi i wbił w nie miecz.

Asasyni patrzyli ze zdziwieniem jak Fragment Edenu przecina częściowo metalowe drzwi z nieprzyjemnym zgrzytem. Nie szło to jednak szybko, zaczynali się krztusić, a trujących oparów było coraz więcej. Wreszcie Alex wyciągnął miecz i pchnął odcięte od zamka drzwi. Wybiegli na zewnątrz i odetchnęli. Vincent wziął Miecz i pobiegli dalej. Stanęli przed windą, którą mieli przejechać piętro wyżej. Ta jednak nie działała, jak powinna.

- Trudno. Idziemy schodami - powiedział Alex i pobiegł przodem, prowadząc resztę.

Nie ścigali ich już żadni ludzie, wszyscy uciekli, bojąc się miecza.

Nagle Vincent zatrzymał się i zgiął. Po chwili wyprostował się i otworzył drzwi do jakiegoś biura.

- Alex, musisz wyłączyć wszystkie kamery, otwórz drzwi do serwerowni.

- Po co? Nie mamy na to czasu, Alice… - nie dokończył zdania.

- Rób, co mówię!

Vincent odszedł kawałek i zaczął rozmawiać przez słuchawkę z Robertem. Haker nie słyszał dokładnie o czym i jak najszybciej potrafił, wykonał polecenie.

Po jakimś czasie znaleźli się na korytarzu na 15 piętrze. Napotkali jeszcze zamknięte drzwi na schodach, które przecinał Vincent. Zostały ostatnie metry dzielące ich od dachu. Alice straciła przytomność, teraz niósł ją Curtis.

W tym momencie w oczach Alexa wszystko stało się niebieskie, plamy na ubraniu świeciły czerwienią. Przez serwerownię przebiegły konie, a na nich dumni rycerze. Najgorsza chwila na zwidy i jak zwykle towarzyszącą im słabość. Pod asasynem ugięły się nogi. Nie teraz. Nie mógł się poddać, wstał, chociaż wszystko mówiło mu że już nie da rady. Zwolnił, ale się nie poddał. Halucynacje minęły i poczuł się lepiej. Doszli do drzwi na korytarz, były zamknięte.

- Cholera, zdążyli je zamknąć - powiedział Alex. - Chyba wiem, skąd nimi sterują.

Przedostali się na szary korytarz, widzieli już wejście na dach. Haker skręcił i pokierował się w głąb innego przejścia.

- A ty gdzie?!

- Idźcie beze mnie. Muszę sprawdzić jedno miejsce, zaraz do was dołączę.

Rozdzielili się, Alex nie wiedział czemu, ale czuł, że trzeba sprawdzić, czy templariusze nie mają jeszcze jakiegoś planu. Wszedł do pomieszczenia, z którego można było sterować systemem. Przed komputerami siedział jakiś facet, na jednym z ekranów było widać helikopter, do którego biegli Vincent i Curtis. Facet na fotelu odwrócił się twarzą do asasyna, celując w niego pistoletem. To był Fred.

- Nie spodziewałem się tu ciebie, Alex, ale skoro już jesteś, to proszę, popatrz. - Fred wstał, nie opuszczając broni.

Wtedy asasyn zauważył, co templariusz trzymał w drugiej dłoni.

- Widzę, że zauważyłeś detonator, jak myślisz, co wybuchnie?

- Helikopter…

- Zgadłeś, to był taki plan B, jeśli uda wam się zabrać miecz.

- Wiesz, że niemądrze jest wyjawiać swój plan wrogowi.

- Wiem, ale i tak nie możesz już nic zrobić poza oglądaniem. Jeszcze zanim tych dwóch od was weszło na dach, podłożyliśmy ładunek. Odciąłem wam wszystkie drogi na dół, ale to było lepiej zaplanowane niż myślałem, bo od początku chcieliście nim lecieć. Mieliście zginąć wszyscy w helikopterze, ale skoro jesteś tutaj, to pożyjesz trochę dłużej od nich i zobaczysz, jak maszyna wybucha. Tylko niech wsiądzie ten z mieczem.

- Fred, nie! Jeśli zniszczysz miecz, wszyscy zginiemy, zginą wszyscy w mieście. To będzie jak wybuch bomby atomowej. Jak w Denver. Odłóż detonator.

- Myślisz, że takie z nas półgłówki? Eksplozja będzie za słaba, żeby zniszczyć Fragment Edenu. Jak złom spadnie, to pójdę i po prostu go zabiorę. To moje zadanie. O, już. Dobra, teraz patrz uważnie.

Alex poczuł zimno. Nie mógł nic zrobić, tylko patrzeć, jak zespół ginie, a potem umrzeć samemu. Fred podniósł rękę i nacisnął przycisk. Teraz miał nastąpić koniec zespołu, jednak tak się nie stało. Usłyszeli wybuch, ale bardzo blisko, gdzieś na 15 piętrze. Helikopter na ekranie nadal był cały.

- CO?! ALE JAK?! - krzyknął zdziwiony Fred, upuszczając broń i detonator.

Światła zaczęły mrugać, na monitorach pojawiły się komunikaty o błędach.

- To chyba było słychać z serwerowni - powiedział Alex.

Obrócił się błyskawicznie i zlikwidował templariusza, zanim ten zdążył podnieść pistolet. Teraz już wiedział, o czym Vincent gadał z Robertem. Miecz pokazał mu strategię templariuszy.

Alex wszedł na dach i pobiegł do śmigłowca. Zobaczył tam cały zespół i jeszcze jakiegoś nieznajomego, oglądającego ranę Alice.

- Alex to jest David, nasz nowy lekarz, David, to jest Alex - przedstawił go Vincent.

Helikopter oderwał się od płaskiego dachu i wzleciał do góry. Alex nie chciał się od niej oddalać, nawet na odległość paru centymetrów. Nie znał się jednak na medycynie i nie mógł jej teraz pomóc. David odepchnął go. Alex usiadł na siedzeniu naprzeciwko. Miecz leżał zamknięty w walizce.

- Gdzie lecimy? - haker zapytał Vincenta siedzącego obok.

- Do nowej kryjówki. Co wydarzyło się w laboratorium?

- Później opowiem, Robert przeniósł bombę, prawda.

- Tak, dlatego trzeba było otworzyć drzwi i wyłączyć kamery.

- To miecz, pokazał ci, co zamierzał zrobić.

Vincent przytaknął i na tym skończyła się ich rozmowa.

Alex był zmęczony i zaczęła ogarniać go senność. Byli bezpieczni. Na razie. Śmigłowiec minął Big Bena i poleciał na północ.

Wstecz



Autor: Eagle
Data dodania: 18.09.2011

Komentarze

1. ReboRn - 19.11.2011, 20:33
Super. Szkoda, że krótsze od pierwszej części ale ogólnie jest świetne. Liczę na jakąś kontynuację :)

2. Grzesio21 - 05.12.2011, 21:20
WOW!!! Wciagnelo mnie tak, ze nie moglem sie oderwac. Bylaby z tego super ksiazka!!!

Pokaż wszystkie komentarze (2)

Nick*: E-mail: Treść*: Czy jesteś botem? (Proszę zaznaczyć "Nie")
TakNie