Forumowy konkurs #1

Temat opowiadań: pojedynek między asasynem a wampirem

Opowiadanie #1 - Cholbi
Opowiadanie #2 - Vasetloth
Opowiadanie #3 - Tenewed
Opowiadanie #4 - Optimus_prime17
Opowiadanie #5 - Lamb3rt
Opowiadanie #6 - Wega
Opowiadanie #7 - Maciekbpl
Opowiadanie #8 - Dexter
Opowiadanie #9 - Lukpaj23

Forumowy Konkurs #3 - opowiadanie #2


WAMPIR Z HEMOPISEM

Nie ma boga. Jest Administrator.
- dopisek do loga Korporacji Opiekunów

Nie myśl. Po prostu rozkoszuj się życiem.
napis z ekranu powitalnego Przyjaciela, oficjalnego systemu operacyjnego wydawanego przez Twórców

*

Nowa wersja sensoruv wyszła na rynek. Ciesz siem awesomowymi doznaniami podczas wirtualnyh alkoholowych libacji, potyczek lub sexu, jedynie za cenem jednej nerki!

Za pul litra krfi 26 pointsuw do dowolnego wykożystania w naszych storsach!
- hasła reklamowe „Twojego Kumpla”

*

Spszedajem ludziom nowe programy, translatory, sensory i bajery. Som szczensliwi, no nie? Dajem im to, co chcom.
- wypowiedź z wywiadu Przewodniczącego zarządu „Twojego Kumpla”

*

Nie podobają mi się te zasady ortografii, wszechobecne kurewstwo, skurwysyństwo i komercja. Kto nie chce być katowany slangiem pełnym amerykanizmów, musi wprowadzać do translatora nielegalne wtyczki, kto chce żyć jak człowiek musi unikać jak ogień jedynego słusznego oprogramowania. Prawdziwe książki można uzyskać jedynie na czarnym rynku, zaś wszystkie elektroniczne dzieła są automatycznie sprawdzane przez Sieć pod kątem poprawności politycznej. Wolność jest tylko pozorna, bo administrator już dawno znalazł sposób na kontrolowanie użytkowników przez społecznościowe portale internetowe. Nasza-klasa i facebook, nazwy dzisiaj już prawie nikomu nic nie mówiące, były początkiem końca. Boże, jak możesz patrzyć na wznoszenie się drugiej wieży Babel i nie ciskać grzmotami? Dlaczego to my, normalni ludzie, mamy kryć się niczym przestępcy, by pielęgnować nasze ojczyste tradycje i religie naszych przodków?
- fragment eseju młodego studenta, który został zrobotyzowany dwie godziny po umieszczeniu dokumentu w sieci

*

Wieża Administracji zjednoczyła wszystkich ludzi. Translatory sprawiają, że możliwości językowe jednostki nie mają znaczenia. Podobieństwa do biblijnej Wieży Babel nasuwają się same. Ludzie to idioci i matoły - taka jest prawda. I dlatego nie powinni stanowić jednej nacji, bowiem wtedy ich głupota i zakłamanie niepotrzebnie się kumulują, co jest zagrożeniem dla normalności. Zresztą - co dziś jest jeszcze normalne, skoro perwersja i zwyrodnialstwo obleczone otoczką marketingu weszły do naszego codziennego życia? (...)

- źródło nieznane

*

§1 - Nie wyznawaj bogów, bóstw i religii, nieważne, mono- czy politeistycznych. Jedynym, którego powinieneś czcić, jest twój ojciec, a więc Administrator, użytkowniku.

(...)

§7 - Korzystaj tylko z oficjalnego oprogramowania wydawanego przez Twórców. Wydajesz na nie pieniądze, masz więc pewność że są dobre. Programy oparte na GPL są w rzeczywistości wirusami mającymi utrudnić Ci życie - dlatego są darmowe. Administrator wie, co dla Ciebie dobre.

(...)

§8 - Nie okłamuj Moderatorów ani nie oczerniaj swojego ojca, Administratora, użytkowniku, ani nie obrażaj jego czci czytając dzieła filozoficzne, religijne czy polityczne. Po prostu baw się i nie smuć Administratora.

-fragmenty 10-punktowego REGULAMINU SIECI

*

Człowiek powinien mieć prawo do swoich poglądów, nawet jeśli są one debilne.
- jeden z filozofów XXII wieku

Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone.
- zapomniane kredo asasynów

*

Pośrodku jednego, wielkiego kontynentu wznosiła się do chmur wieża niczym wielki, ostry szpikulec. Jej tysiące okien odbijały mocne, nienaturalnie jasne światło słoneczne. Szczyt wieży, mającej 7320 metrów, skryty był w białych chmurach, płynących po żółtym niebie, układając się w logo korporacji - stylizowanego, idiotycznie uśmiechniętego ludzika.

Z oddali kilku kilometrów można by zobaczyć kilka małych, czarnych punkcików, powoli, acz wytrwale poruszających się po gładkiej i połyskliwej powierzchni wieży Korporacji, centrum Sieci, przez niektórych odważnych nazywanej Drugą Wieżą Babel. Bali się jednak ludzie tak ją nazywać, gdyż ci którzy tak mówili zwykle znikali w tajemniczych okolicznościach, zaś na Giełdach Zrobotyzowanych pojawiały się modele zaskakująco ich przypominające.

Punkty te były w rzeczywistości ascendotaczami, przestarzałymi, bo z 2102 roku, maszynami służącymi do wspinaczki. Były to jakby kule, w metalowej obudowie zakończonej jak gdyby mechanicznymi rękami z przylepkami, które dzięki prehistorycznemu niemal zastosowaniu technologii pneumatycznej potrafiły przyssać się do lustrzanych nawet powierzchni. W jednej z owych kul przeźroczystych siedział użytkownik A.C.11.231. Właściwie to ojciec, polonista, nadał mu imię „Tadeusz”, na cześć jakiejś postaci występującej w jednej z książek z Epoki Ciemności.

A.C.11.231 zawsze chciał ją przeczytać, lecz milicjanci zabrali jego ojca i oddali do robotyzacji, gdy znowu naraził się Administratorowi, a wraz z nim całą jego kolekcję książek... Które najpewniej spotkał niewesoły los dezintegracji.

Asasyn wyboru jednak nie miał, bo gdyby skorzystał z wehikułu lewitacyjnego Sieć mogłaby go natychmiast zlokalizować i zniszczyć. Siedział więc, medytując, oddalając się od ziemi z prędkością pięciu kilometrów na godzinę.

O godzinie 17.38 towarzysz asasyna z sąsiedniej kuli przekazał mu na migi, że do kondygnacji „Twojego Kumpla” zostało im jeszcze 98 metrów. A.C.11.231 szybko poprzestawiał parę pokręteł, zmniejszając prędkość i aktywując kamuflaż. Promienie słoneczne ominęły utworzoną powłokę i uczyniły kule niewidocznymi, tak że jedynie krótkie „kłap, kłap” wielkich przyssawek mogło zdradzić ich obecność.

To „kłap, kłap” wystarczyło jednak, by zaalarmować automatyczny system obronny. To, że asasynom przyjdzie się z nim zmierzyć było jasne, jedynym pytaniem było: „kiedy”.

Okrągłe, gładkie kształty latające z gracją jak po krzywych Beziera jęły zataczać koła wokół Drugiej Wieży Babel, bezdźwięcznie, jeśli nie liczyć buczenia znamionującego ładowanie akumulatorów energią słoneczną. Asasyni nie byli jednak idiotami i czekać nie zamierzali.

Głębiej naciągnął biały kaptur A.C.11.231, patrząc przez kompulary na cele. Chwycił, jak reszta swoich Braci, w dłonie wysłużone uchwyty i gałki sterowania i zaczął razić kule z heliodziałek. Świetliste promienie laserów topiły metalowe pancerze kul systemu obronnego jak masło i te, nadgryzione i zepsute, leciały niemrawo w dół, jak ranne muchy. Jedna z kul zdążyła naładować swoją baterie i posłała wiązkę energii w stronę ascendotacza najbardziej wysuniętego na południe. Wibracje roztrzaskały szkło, maszyną zarzuciło, a prócz odłamków w kierunku otchłani z zawrotną prędkością poleciał mały, biały kształt...

A.C.11.231 nie mógł dla swojej siostry nic zrobić. Gdy wskaźnik wyświetlany na kompularach zaczął wskazywać niebezpiecznie wysoką temperaturę heliodziałka, asasyn otworzył obudowę kuli i strzelił do jednego z latających kształtów z miotacza kriopromieni. System nawigacyjny sam namierzył cel, który pokrył się szronem, a potem lodem, gdy wilgoć zawarta w powietrzu skondensowała się na jego powierzchni i od razu jęła krzepnąć. Kul było coraz więcej, kondygnacja „Twojego Kumpla” zaś - coraz bliżej.

Gdy dostał znak migowy od siostry, A.C.11.231 uruchomił rozpylacze HNO3. Połyskliwa ściana miedzi zaczęła powoli się topić.

„Zatrzymamy system obronny. Dalej musisz iść sam” - przekazał mu Brat sterujący swoim działkiem.

Asasyn kiwnął krótko głową, rozpinając pasy ochronne. Poprawił kompulary, zarzucił na plecy smukły miotacz kriopromieni i uruchomił respirator, by móc bez problemu oddychać na wysokości. Gdy otworzył okno ascendotacza, jął wspinać się po górze dzięki rękawicom żartobliwie nazywanym gekonowatym, niczym jakaś postać z przerysowanego komiksu, w kierunku dziury wyżeranej przez kwas. Na kule systemu obronnego nawet się nie oglądał; znał możliwości swych Braci i Sióstr.

Gdy od dziury dzieliły go jedynie metry, uruchomił warstwę ochronną kombinezonu asasyńskiego i gdy otwór przestygnął, wkroczył do środka.

A.C.11.231 oczekiwał sterylnych, utrzymanych w urzędniczym stylu wnętrz, korytarzy wypełnionych wypucowanymi programistami i czystymi robotami, tymczasem one prezentowały się jak po imprezie nastolatków. Po kafelkach walały się zużyte prezerwatywy, zasmarkane i zarzygane chustki, zgniłe resztki jedzenia, części damskiej i męskiej bielizny, gdzieniegdzie zaś pokrywały je zeschnięte plamy wina... Nie, z zaskoczeniem uświadomił sobie asasyn, gdy poddał je próbce. To krew... Przechodząc przez leżącą tablicę z projektami haseł marketingowych i mijając zrobotyzowaną kobietę - sprzątaczkę, A.C.11.231 podszedł do drzwi na końcu korytarza. W szparze przy podłodze widział gwałtowną grę cieni i słyszał przyśpieszone oddechy, jakby ktoś w środku mocował się w ciszy. Gdy usłyszał okrzyk bólu kobiety miał już wprowadzić do pomieszczenia Szpiega a7, gdy drzwi z napisem „dyrektor ds. marketingu” nagle gwałtownie się otworzyły.

Kobieta, która z nich wyszła, odpowiadała archetypowi urody kreowanemu przez „Twojego Kumpla”. Była obrzydliwą parodią naturalnego piękna. Nienaturalnie duże, sztuczne piersi były doskonale widoczne w szerokim wycięciu, fioletowe pełne usta, utlenione włosy. Brązowa, zniszczona przez solaria i modyfikacje genetyczne skóra była gładka, jak gdyby naciągnięta guma, oczy modelki zaś wielkie, jak u dziecka, wskazujące na uzależnienie od dopalaczy. Asasyn wodził za nią wzrokiem, gdy szła przez korytarz, nie zwracając na niego uwagi. Nie patrzył on jednak bynajmniej na krągłości jej sztucznego ciała, lecz na ślady świeżej krwi i uderzeń.

Unosząc miotacz, asasyn wpadł jak strzała do pomieszczenia. Wampir siedział na krześle, żując kawałek skóry odgryziony modelce. Siedział z nogami ułożonymi na stole, bez spodni, które leżą na ziemi, umazany krwią, z wyrazem chorej podniety na twarzy, wpatrując się w ekran panoramicznego monitora i analizując nowe hasło, które wymyślił. Na biurku w rzędzie spoczywały ułożone kapsuły z podgrzewaną krwią, z których wychodziły cienkie przewody podłączone do żył dyrektora. Na podłodze zalegały ciała modelek, które miały szczęście zginąć. W pokoju cuchnie wnętrznościami, krwią i żądzą szaleńca.

Gdy wampir zorientował się w sytuacji, asasyn był już przy nim. Wąpierz unosi szponiastą dłoń w powietrze, lecz ta opada jak uschnięty kwiat, zmrożona kriopromieniem. Druga ręka podzieliła jej los. Jak kot A.C.11.231 wskoczył na biurko, wpatrując się w swoją ofiarę. W bezsilnym gniewie otyły wampir wbił w niego wściekłe spojrzenie.

- Teraz mi powiedz, gdzie znajdę przewodniczącego - rozkazał asasyn.

Odpowiedział mu jedynie szalony śmiech.

- Jak to, tak od razu, gładki chłopczyku? - zaświergotał jak żaba dyrektor ds. marketingu, od czego zrobiło się asasynowi nie dobrze. - Może się najpierw zabawimy?

- Skoro nalegasz... - cicho powiedziała biała postać, rękojeścią miotacza łamiąc nos wampira. Buchnęła krew.

- Uuuch... - wąskie usta dyrektora wykrzywiły się w ekstazie. - Cóż za wspaniałe uczucie! Więcej, więcej!

- Jesteś chorym człowiekiem - z obrzydzeniem powiedział asasyn, stając na ziemi.

- Czy pracowici nie mają według ciebie prawa do nagrody za swoją pracę? - uśmiechnął się szeroko dyrektor. - Ludzie dostają od „Twojego Kumpla” to, czego chcą. Dokonują świadomego wyboru, tak jak chcą.

- Mylisz się - zaprzeczył asasyn, wskazując na tablice z hasłem „Twuj Kumpel jest Twojim pszyjacielem”. - To jest wasz Fragment Edenu, wasze jabłko. Zabieracie ludziom wolną wolę. Gdzie jest Przewodniczący? Mów!

- Bo co mi zrobisz?

Asasyn popatrzył na niego chwilę w kompletnym bezruchu, po czym posłał ku jednej z kapsuł kriopromień i szybszym od myśli ruchem rozbił go na dziesiątki lodowych kawałków. Wampir zaryczał jak ranne zwierze, lecz nie mógł się podnieść z krzesła, mając członki unieruchomione miotaczem. Druga kapsuła podzieliła los pierwszej.

- Przestań, przestań! Zabijesz mnie!

- Wiem - odparł zimno asasyn. - Nie chciałeś współpracować, nie widzę więc powodu, by zostawiać cię przy życiu.

- Zaczekaj, zaczekaj! Przewodniczący jest w pokoju 8124, dwa pietra wyżej, hasło do windy to I44...3...4...

- Kłamiesz.

- No dobrze, to I4215, przysięgam! To prawda!

- Teraz ci wierzę - pokiwał głową ukontentowany asasyn, podciągając rękaw i prostując palce lewej dłoni. Ostrze wysunęło się z cichym zgrzytem. Klasyczne piękno.

- Obiecałeś, że mnie nie zabijesz - powiedział niepewnie dyrektor.

- Niczego nie obiecywałem - odparł A.C.11.231, wbijając ostrze w ciało wampira.

*

Winda zatrzymała się bezgłośnie, drzwi zaś najpierw zafalowały, by chwilę później zniknąć. A.C.11.231 wszedł na wyścielony miękkim dywanem korytarz i ruszył w kierunku drzwi utrzymanych w stylu XXII wieku. Miotaczem kriopromieni osłabił zamek i roztrzaskał go rękojeścią.

Znalazł się w wielkiej, okrągłej sali. Szare linoleum odbijało czerwone światło lampami podczerwieni, które ocieplały wielkie monstrum, Króla Wampira, siedzące na tronie na środku pomieszczenia. I bez lamp byłoby czerwono, bowiem podłoga umazana była krwią. Sufit lepił się od posoki, krew była pompowana przez pompy do Przewodniczącego, po prostu wszechobecna była tu krew, podobnie zresztą jak jelita, nerki i inne porozwlekane po podłodze wnętrzności, jakby jakieś dziecko rozpruło brzuchy swoim ulubionym misiom i porozrzucało watę po pokoju. Jakieś bardzo złe dziecko.

Przewodniczący wyglądał jak potwór z dzieł Barkera. Jego tłusty, gruby do granic możliwości brzuch przypominał upojony zbiornik kleszcza, blada zaś skóra pokryta wrzodami nigdy zapewne nie widziała słońca. Opychał się zakrwawionymi kawałkami mięsa - lub czegoś innego - łapczywie, jakby były to żelki, nie zaś ludzkie szczątki. Stukał przy tym palcami w klawisze laptopa, chichocząc do siebie, od czasu do czasu naciskając coś długopisem na dotykowym ekranie.

Zaiste przedziwny był to długopis. Niby piórko do tabletu, niby prawdziwy pisak, lecz z kapsułą umocowaną do górnej części obudowy, w której bulgotała krew. Jakież może mieć zastosowanie to dziwaczne urządzenie, jaką funkcję może pełnić?

Najgorsze w tej istocie było to, że nie był jakimś okropnym, straszliwym demonem - był człowiekiem. No, właściwie wampirem, ale przecież jedno nie wyklucza drugiego.

- Więcej krwi, więcej krwi! - mruczał do siebie. - Wprowadzimy nowego wirusa... Więcej krwi! I uruchomimy nową usługę, tak! Naprawa sensorów za pół litra... e tam, za litr krwi! Jesteś królem, mój przewodniczący, geniuszem... Tak, tak... Hej, hej, hola, ty, ograniczony człowieczku... Czego szukasz w mym królestwie?

- W królestwie, które zbudowałeś na wyprutych wnętrznościach, chorobach i posoce? - zapytał A.C.11.231, idąc w kierunku groteskowo grubej postaci.

- Na szczęściu, Użytkowniku, na szczęściu! - wzdychając pokręcił głową Przewodniczący. - Ludzie potrzebują nowego oprogramowania i sprzętu, więc im go dajemy! A wnętrzności i krew i tak im nie są potrzebne. Bez nich mogą poświęcić się całkiem Sieci! Po co im krew, skoro dzisiejsze maszyny mogą bez niej utrzymywać ich przy życiu? Po co im oczy, skoro dzięki nowym awatarom mogą poruszać się bez nich po Sieci? Po co im wreszcie ręce, skoro roboty piorą i sprzątają za nich? Po co mężczyznom penisy, a kobietom pochwy, skoro dzięki naszej technologii mogą przeżywać znacznie mocniejsze doznania erotyczne w wirtualnym świecie? Po co im życie wreszcie, skoro mają Sieć i „Twojego Kumpla”?! Ach, wy wszyscy niczego nie rozumiecie.

- Dosyć mam twego bełkotu – asasyn ukrócił monolog wampira. Do wielkiej figury Przewodniczącego dzieliło go zaledwie kilka metrów. Po czym, jak asasyni z dawnych czasów, powiedział: - Czas umierać.

- Co...? He? Ach... Nie, jeszcze nie skończyłem swojego dzieła.. Odejdź... Odejdź, słyszysz!? Ochrona! Ochrona!

Z drzwi usytuowanych po bokach sali wyszły chude, niechlujnie ubrane, blade postacie wampirów.

Asasyn nie czekał. Kriopromieniami unieruchomił Przewodniczącego, rozbiegł się i skoczył - jak orzeł - majestatycznie przecinając powietrze.

A tym, co kończy lot asasyna, jest zawsze zabójstwo.

I tak orle ostrze wbiło się w ciało Przewodniczącego. Laptop upadł na ziemię, klawisze wyskoczyły z klawiatury jak klocki pomieszane uderzeniem, a długopis którym Przewodniczący wybierał foldery plików pornograficznych odbił się dwakroć od czerwonego linoleum.

Świat rozpadł się na miliony drobnych, drobniutkich, drobniuteńkich kawałków. Został tylko A.C.11.231 - Tadeusz - Przewodniczący i migające biało - niebieskie tło Animusa 4.0. Reszta nie była prawdziwa.

Po tłustych policzkach szefa „Twojego Kumpla” popłynęły wielkie łzy.

- Ja chciałem tylko dobra dla Użytkowników...

- Cii... Już się tym nie przejmuj. Po prostu zaśnij...

*

A.C.11.231 zmagając się z kolejnymi wampirami pomyślał, że został jeszcze Administrator. Po chwili jednak uznał, że nie czas na takie myśli - później się tym zajmie. Wampiry atakowały go w grupie, zajadle, jakby myślały, że mają jakąkolwiek szansę, by wygrać. W chwili obecnej A.C.11.231 musiał udowodnić im, że się mylą.

*

Kilkadziesiąt lat później, w świecie wyniszczonym przez wojny toczone między planetami, w niewielkim pokoiku, trójka osób popatrzyła na siebie z niepokojem. Wyłączywszy Animusa, pogrążyły się w swych myślach, każde z osobna. Odnalezienie Piątego Jabłka nie poprawiło asasynom nastroju. Bo jakimś sposobem wykorzystali je templariusze do stworzenia internetu - Sieci.

A jej zniszczyć się nie dało, bowiem stała za nią niepokonana głupota ludzkości.



Autor: Vasetloth
Data dodania: 13.10.2010

Komentarze

Pokaż wszystkie komentarze (0)

Nick*: E-mail: Treść*: Czy jesteś botem? (Proszę zaznaczyć "Nie")
TakNie