rok 2003, gdzieś na pustyni
Człowieku! Wyobrażasz sobie, co powiedzą rodzice jak nas z tym zobaczą? - powiedział Desmond głośnym szeptem.
- Stary, nie dygaj! Podobno nasi przodkowie używali tego w dużych ilościach - odpowiedział Fouad. - A poza tym to była okazja. Ten marokański kupiec dał mi to za 5 litrów ropy.
Fouad spojrzał na twarz przyjaciela i widział, że nie był do końca przekonany.
- Desmond, żyjemy w trzydziestoosobowej wiosce, co my tak naprawdę mamy do stracenia? - powiedział Fouad odpalając skręta z mieszanki haszyszu i tytoniu. - Odrobinka haszyszu nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Chyba. Ale daj spokój to najlepszy marokański towar!
- No dobra, dawaj to. - powiedział Desmond, biorąc skręta i potężnie się zaciągając. - Ale chodź na skarpę, o zachodzie słońca jest tam elegancki widok na wioskę.
Dwóch niespełna szesnastoletnich przyjaciół wyruszyło w drogę i po 5 minutach byli już na miejscu, podziwiając urok słońca chowającego się za horyzontem. Ostatnie promienie słońca rzucały długie cienie na zabudowania wioski Desmonda i jego najlepszego przyjaciela Fouada, którzy z daleka obserwowali ludzi krzątających się przy różnych pracach domowych.
- Ten niepozorny papierosek strasznie mnie pozamiatał - powiedział Desmond. - Ale też doprowadził mnie do słusznych wniosków, że życie nas omija w tym nasz łez padole, nie sądzisz?
- Też ostatnio o tym myślałem, harujemy od rana do wieczora, nie mamy prądu, kontakt ze światem to tylko ten przejeżdżający raz na tydzień marokański handlarz przywożący wieści ze świata i potrzebne do życia rzeczy - odparł Fouad. - To cud, że w ogóle teraz udało nam się na chwilkę wyrwać.
- I jeszcze te bzdury o jakimś spisku i ogromnej korporacji która nas ściga, wierzysz w to w ogóle? - spytał Desmond.
- A w co niby mam wierzyć, jak nikt nie chcę nam nic tak naprawdę powiedzieć? Mamy uważać, ale nie wiemy tak naprawdę na co i po co. „Śmiertelne zagrożenie” - przedrzeźniał się Fouad. - Wiesz co ja sądzę?
- No?
- To bujda. Wszyscy mówią tak nam żebyśmy nie wyruszyli w świat tylko zostali w tej wiosce i zgnili jak i oni gniją. A ja tak nie chcę! Czytałem ostatnio w gazecie, którą przywiózł ten Marokańczyk, że w Polsce mają najlepszą kiełbasę i piwo na świecie. Chciałbym tego kiedyś spróbować.
- Polska, kiełbasa, piwo. Zejdź na ziemię Fouad - roześmiał się Desmond. - Chociaż ja zawsze marzyłem, żeby przejechać amerykańską drogę 66 na motorze. To musi być uczucie, uczucie wolności.
Zapanowała chwila ciszy w której dwóch przyjaciół poddało się marzeniom leżąc na jeszcze ciepłej skale.
- Desmondzie, chyba zbliżają się Twoje szesnaste urodziny, racja? - spytał Fouad.
- No jakoś tak będzie - odparł Desmond.
- No to w takim razie mam dla Ciebie prezent… Nowe życie! - wykrzyknął rozradowany Fouad.
- Co ty gadasz? Chyba za dużo tego towaru na dzisiaj…
- Posłuchaj mnie; za tydzień zabierzemy się z Marokańczykiem do Badr Hunayn. Stamtąd dostaniemy się Al Farsh. Następnie morzem Czerwonym do Egiptu i stamtąd w świat!
Fouad zauważył błysk w oku Desmonda, który natychmiast się ożywił.
- Piękny plan, tylko że jestem zbyt najarany by o tym teraz myśleć. Jutro o tym porozmawiamy. A teraz wracamy do wioski, bo robi się ciemno i jeszcze ktoś zauważy, że nas nie ma - powiedział Desmond, po czym chłopcy udali się drogą w dół skarpy w kierunku wioski rozmawiając z ożywieniem. Krajobraz pokrywać zaczęły mroki nocy a noce były zimne w tych rejonach.
Rozdział II
wrzesień 2012 rok, Los Angeles,
Dochodziła godzina czwarta w nocy i mrok panował nad Rodeo Drive, jednej z najbardziej rozrywkowych dzielnic Los Angeles. Pijani młodzi ludzie wracają z weekendowych wojaży w klubach nocnych, robiąc masę głupich rzeczy, których będą nazajutrz żałować. Klub CocoBongo godziny szczytu miał już za sobą. Ostatni z pijanych gości chwiejnym krokiem szli w nieznanym kierunku lub spali na stołach. Barman Martin wycierał szmatką szklankę do whisky i z zaciekawieniem patrzył na wyjątkowo nietypowego klienta.
- Ej Desmond, popatrz na tego gostka w rogu sali. - Martin zawołał swojego kolegę, też barmana.
- No i co z nim nie tak? - odpowiedział Desmond wychylający się z kuchni lokalu.
- Nie wygląda jak nasz typowy klient - zripostował Martin. - Znacznie starszy, wyjątkowo elegancko ubrany, siedzi tu już bite dwie godziny i ciągle popija wodę. Coś mi się w nim nie podoba.
- Olej go, zamiatamy podłogę i spadamy do domu spać - odburknął zmęczony Desmond.
Dwóch barmanów i reszta personelu wzięła się do roboty. Kucharze sprzątali kuchnię, ochroniarze wynosili gości którzy nie podołali dzisiejszej imprezie. Lecz gdy barman Martin szedł do starszego jegomościa, by zwrócić mu uwagę, że już zamykają, spostrzegł, że nikogo tam nie ma. Zlekceważył to i udał się na zaplecze rozmyślając o ślicznej brunetce, którą poznał tego wieczoru.
- Widzimy się jutro, panowie! Spokojnej nocy! - Desmond pożegnał kolegów z pracy i udał się w stronę swojego motocykla, zaparkowanego nieopodal.
- Czy poświęci mi pan chwilkę, Panie Miles?
Desmond stanął jak wryty. Głos należał do starszego pana który zamawiał u niego wodę i siedział w rogu sali. Tylko skąd znał jego nazwisko? Desmond poczuł się niepewnie w jego towarzystwie i dwóch jego towarzyszy którzy mieli dziwne uniformy na kształt mundurów ochroniarskich oraz czapki z nieznanym mu logo.
- O co chodzi? - Ci ludzie wzbudzali w Desmondzie dziwne uczucia. - I skąd pan wie jak się nazywam?
- Och, wiem o panu więcej niż się panu wydaje, Panie Miles, i chcę pana zaprosić do współtworzenia pewnego projekciku… - odpowiedział nieznajomy.
- Nie wiem o co chodzi ale nie jestem zainteresowany. - Desmond obrócił się plecami do trójki nieznajomych i odszedł. Ostatnią rzeczą jaką poczuł zanim zemdlał, był trzask pałki teleskopowej uderzającej o jego potylicę po czym padł jak długi na betonowy chodnik.
Rozdział III
Rok 2013, Denver
Ding-dong! Zadzwonił dzwonek do drzwi. Desmond cichym krokiem podchodził do drzwi frontowych. Serce biło przyspieszonym tempem a w pogotowiu miał ukryte ostrze schowane pod rękawem bluzy. Bezszelestnie zajrzał przez wizjer. Kamień spadł mu z serca - przed drzwiami stał dostawca pizzy z duża Margheritą i Hawajską. W czasie gdy rozliczał się z dostawcą, do jego i Lucy domu przyszła jeszcze Rebecca.
- Cześć Lucy - przywitały się przyjaciółki.
- Cześć Becca, byłaś w szpitalu u Shawna? - spytała Lucy.
- Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo - Rebecca powtórzyła słowa lekarzy. - Dziś przenieśli go na oddział ogólny. Za parę dni najprawdopodobniej go wypiszą.
- Przynajmniej tak twierdzą lekarze. Oni nie wiedzą o największym zagrożeniu - burknął Desmond.
- Już jest po wszystkim człowieku! Dzięki nam! - odpowiedziała z entuzjazmem Rebecca.
- Racja, siedziba Abstergo przez długi czas nie będzie nadawała się do użytku a ich kadry mocno się przerzedziły - powiedziała triumfalnie Lucy.
- Prawda, tylko co my teraz zrobimy z tym cholernym Jabłkiem. No i jeszcze to lotnisko… napawa mnie ono lękiem, nie wiemy nawet czego się spodziewać - powiedział Desmond.
- No i właśnie dlatego teraz tu się osiedlimy, żeby cały czas mieć rękę na pulsie. Wszystko jest pod kontrolą. - Rebecca puściła mu oko.
- Wojna skończona. - skwitowała Lucy.
- Może macie rację. Muszę odpocząć, za dużo wrażeń jak na jeden rok. Chyba na starość robię się nerwowy. Może macie ochotę na kawę?
- Chętnie - odpowiedziały naraz dziewczyny.
Desmond poszedł do kuchni zaparzyć trzy kubki kawy, w czasie gdy Lucy i Rebecca wdały się w dyskusję, gdzie najlepiej postawić telewizor, a gdzie kanapę. W przedpokoju zadzwonił telefon.
- Ja odbiorę! - krzyknął Desmond jednocześnie zastanawiając się kto to może być. - Halo?
- To jeszcze nie koniec, Panie Miles. - powiedział znajomy głos w słuchawce.
Słuchawka wypadła Desmondowi z ręki. Hipnotycznym krokiem udał się do salonu. Serce biło jak szalone.
- Wydaje mi się - powiedział przełykając ślinę - że to jeszcze nie koniec.














