Czasem niesłusznie narzekamy na los: trafiliśmy szczęśliwie, ale nie zgłosiliśmy się po wygraną."


Nazywam się Desmond Miles opowiem wam moją historię...Oczywiście możecie uznać ją za bajkę, ale zapewniam jest ona jak najbardziej prawdziwa. Zanim zacznę opowiadać , opiszę wam warunki w jakich w czasach młodości żyłem. Powyższy cytat dokładnie opisuje dokładnie przyczynę moich problemów: nie umiałem docenić szczęścia, które miałem tuż pod nosem...

Od momentu narodzin wychowywałem się na odciętej od cywilizacji farmie. Już od małego byłem uważany za niedobre dziecko, ale mnie nie obchodziło ich zdanie i właśnie przez to nie miałem tam żadnych przyjaciół. Byłem silnym, szybkim i zwinnym chłopakiem. Cechowała mnie cichość, skrytość, oraz opryskliwość w stosunku do innych, jednak ja nie przywiązywałem zbyt długiej wagi do oceny i zdania innych. O wiele za dużo już poszło atramentu na ten opis, czas zacząć tą niezwykłą opowieść!

Pewnego słonecznego, marcowego poranka poszedłem pomóc w codziennej pracy mojemu tacie. Ledwo zdążyłem otworzyć drzwi warsztatu, a już usłyszałem cichy głos:

- Znów przyszedłeś mnie męczyć? - Zawsze kiedy go odwiedzałem tak mówił i za to go lubiłem, jednak nie rozumiałem go , myślałem że to wstrętny hipis, chcący walczyć z ludźmi. Jak to powiedział kiedyś angielski pisarz polskiego pochodzenia Joseph Conrad :

„Człowiek jest zdumiewający, ale arcydziełem nie jest”

- Tak.

Jednakże po około 20 minutach znów się odezwał:

- Coś cię gryzie?

- Nie - skłamałem.

- Nie chcesz mi pomagać?

- Nie, nie chcę.

- To co chciałbyś robić?

- Chcę poznać świat, poznać nowych ludzi, wiedzieć co jest za horyzontem…

- Rozumiem, jednak w tej chwili jest to nie możliwe, nie kiedy oni są naprawdę groźni i bardziej niż kiedykolwiek niebezpieczni.

- ”Rapienda rebus in malis praeceps via est” W nieszczęściu należy obierać drogę ryzykowną.

- Brawo! Brawo! Jednakże żadna sentencja nie ważne jak mądra nie zmieni mojego zdania!

- Nikt taki nie istnieje, nie wiem jak możesz przez te bzdety, w które wierzysz, zakazywać mi poznać świat.

- Nie będę się z tobą kłócić, jesteś za młody, aby się ze mną spierać, idź przemyśleć to co powiedziałeś!

I tak została zasiana uraza do mojego ojca i wszystkich mieszkańców tej farmy. Postanowiłem tego samego dnia: jak dorosnę, to ucieknę. Z taką właśnie myślą z budziłem się co rano. Za jakieś cztery lata od opisanych wyżej wydarzeń odbyłem dziwną rozmowę z pustelnikiem, którego nikt nie znał imienia. Pamiętam jak by to było wczoraj. Było wtorkowe deszczowe popołudnie, obowiązki nałożone na mnie przez ojca zawiodły mnie do pewnego starego ascety o nie znanym imieniu. Gdy dotarłem do celu, chciałem zapukać, lecz drzwi się przedtem się uchyliły.

- Witam cię, chłopcze!

- Dzień dobry!

- Potrzebna będzie mi pomoc w odpisaniu na parę listów, dobrze?

- Bez problemu.

Praca była łatwa, lecz trochę czasochłonna. Moją ciekawość wzmacniał fakt iż nie mogłem zobaczyć treści listu. Na moje pytanie o ich zawartość odpowiedział , że jest to korespondencja z obserwatorami. Ale co oni obserwowali? Tego już nie powiedział. Gdy już prawie kończyliśmy pracę, pustelnik odezwał się:

- Bardzo chcesz stąd uciec no nie?

- Nie rozumiem o co panu chodzi.

- Doskonale wiesz! Od ilu lat planujesz ucieczkę?

- Od czterech.

- Nie martw się, zacząłem w podobnym wieku.

- Jak to?

- Też byłem młody, też chciałem poznać świat. Dotarłem aż do miasta, lecz tam dorwali mnie oni...

- No nie, pan też wierzy w te brednie?

- Brednie! Nie rozumiem, jak możesz być takim ignorantem! Myślisz że sam sobie zrobiłem takie blizny, że wszyscy jesteśmy jakimiś hipisami? Nie, przez ten cały czas ukrywamy się przed nimi, próbujemy walczyć, ale oni mają więcej kontaktów i pieniędzy. Mamy małe szanse.

- Jak pan im uciekł?

- Uratował mnie twój ojciec...

- Ale kim my w ogóle jesteśmy, że ciągle musimy z kimś walczyć?

- Jesteśmy asasynami.

- Asasynami? Ale jak to możli...

- Zachowaj w tajemnicy to, że ode mnie usłyszałeś tą nazwę dobrze? Powstrzymaj się, bo za wiele już powiedziałem i na więcej pytań nie odpowiem!

- Dobrze.

Po tej niezwykłej rozmowie wybiegłem z tamtego domu. Postanowiłem, że pójdę i zapytam o wszystko ojca. Jeśli dostanę jasną odpowiedź, bez żadnych wykrętów zostanę, jak nie - odejdę nazajutrz. I tak gdy tylko nastał świt udałem się do ojca by wypytać go o te sprawy. Pamiętam to bardzo dokładnie. Był piękny ranek, wszędzie dawała siwe znaki bardzo wysoka temperatura, na niebie nie dało się wypatrzyć ani jednej chmurki, jednym słowem pogoda jak w raju. Bardzo wcześnie wstałem, bo jak najszybciej chciałem wypytać ojca, strasznie się denerwowałem z tego powodu. Udało mi się go złapać zanim wyszedł do pracy, gdy tylko go zauważyłem głośno zażądałem:

- Musisz mi powiedzieć prawdę!

- Jaką prawdę? Chodzi ci o te hipisowskie brednie? - zapytał kpiącym głosem, a ja się zarumieniłem słysząc dokładnie powtórzone moje słowa.

- Chodzi mi o opowieść na temat tych, którzy o mało nie zabili tego pustelnika, do którego posłałeś mnie wczoraj.

- Od wieków z nimi walczymy. To obowiązek narzucony na nas przez naszych przodków, tej walki od ponad 2000 lat nie może nikt wygrać.

- Walczycie? Ukrywając się na odciętej od cywilizacji farmie?

- Jesteśmy asasynami! Żyjemy w cieniu, służąc światłości.

- Ale jak? Podaj mi chociaż jedno nazwisko tego templariusza!

- Oni są wszędzie: przywódcy polityczni, sądy, policja, szpitale, firmy, część wojska, połowa ważnych osobistości w tym kraju jest pod ich działaniem.

- Dobrze, a ty jaką odgrywasz w tym role? Nasza farma?

- Skończyłem odpowiadać na twoje pytania, a teraz, jeśli pozwolisz mam spotkanie.

- Nie, nie pozwolę! Chcę się przyłączyć, potrafię unieść broń.

- Ale nie potrafisz milczeć, panować nad uczuciami , niedawno kpiłeś z tego co ci powiedziałem przed chwilą, a teraz nagła odmiana? Nie, nie potrzebujemy kogoś kto się tak zachowuje, musisz nauczyć siebie pokory, pokory, Desmondzie! A teraz naprawdę muszę iść.

- Tak nie robi kochający ojciec...

- Tak robi ojciec który chce wychować syna!

Byłem bardzo zły na niego, jednak ucieczkę odłożyłem do dnia moich urodzin. Gdy nadszedł czas urodzin cała farma pogrążyła się w przygotowaniach do nich, zawsze tak się działo, to była nasza wioskowa tradycja. Tort zrobiła moja mama i przyozdobiła go czekoladowymi napisami, oraz osiemnastoma kolorowymi świeczkami. Tata zajął się miejscem urodzin: ułożył dekoracje, przyniósł stół i go ozdobił. Reszta mieszkańców zajęła się wyrobem potraw i prezentów, bowiem w pobliżu farmy próżno było szukać jakiegoś sklepu, tak więc te drobne upominki były wyrabiane ręcznie. Jednym słowem urodziny były nie lada wydarzeniem. Gdy już zaczął się wieczór wszyscy ubrani odświętnie zasiedli przy blisko 10 metrowym stole. Pierwszy na stół został podany tort, gdy goście tylko zobaczyli, zaczęli zachwalać umiejętności kulinarne mojej matki. Po odśpiewaniu piosenki urodzinowej przyszedł czas na prezenty. Ojciec wtedy powiedział:

- A teraz nadeszła pora na rozdanie prezentów jubilatowi. Każdy kto chce coś dać Desmondowi teraz ma do tego okazję.

Pierwszy przyszedł sam rozmówca i wręczył mi piękny nóż .Sztylet był opatrzony takim napisem: Należałem do Altaira Ibn Al-Ahada i rozwiązałem wszystkie jego problemy. Drugi podszedł pustelnik wręczył mu małe zawiniątko szepcząc mi do ucha:

- Otworzysz to dopiero w mieście dobrze?

- Tak, dziękuję.

Potem podeszło do niego przeszło 20 osób i wręczyło mu wiele różnych rzeczy od książek i własnej roboty opowiadań przez drobne zabawki i słodycze do ubrań. Od mamy, która podeszła do niego na sam koniec, dostał szwajcarski zegarek. Później aż do północy ludzie po prostu świętowali. Gdy wszyscy rozeszli się do domów, zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie widzę ich wszystkich ostatni raz uśmiechniętymi. Nazajutrz jednak poszedłem swoją drogą. Zabrałem w tą podróż : prezent od taty i od pustelnika, oraz trochę najpotrzebniejszych rzeczy spakowanych w plecak. Gdy doszedłem do celu swojej wyprawy przystanąłem na chodniku i otworzyłem paczuszkę od pustelnika. Ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu moim oczom ukazał się klucz do skrytki w banku. Włożyłem go do wewnętrznej kieszeni, mając przeczucie, że będzie to mój największy skarb. Widok centrum miasta bezgranicznie mnie zaskoczył: wszędzie wokół były kina, sklepy, banki. Nieustannie panował tam wielki hałas. Całe miasto stało się kompletnie zapełnione przez ludzi. Czułem, że właśnie czegoś takiego szukałem, czułem, że cywilizacja to było właśnie to czego potrzebowałem, czego pragnąłem. Nie przeszkadzało mi to, że w tej rozległej miejskiej prawdopodobnie czekało na mnie wiele niebezpieczeństw. Póki co los jednak mi sprzyjał. Kiedy spacerowałem zobaczyłem przy jednym klubie ogłoszenie: właściciel szuka barmana!! Pomyślałem, że to moja szansa . Wszedłem tam i powiedziałem do właściciela:

- Ja przyszedłem tutaj w sprawie pracy.

- Dobrze, chcesz zostać barmanem tak?

- Tak.

- Umiesz liczyć pieniądze?

- Tak, umiem.

- A więc powiedz mi jak zrobisz drink o nazwie Kamikadze.

- Nie wiem.

- Znasz się w ogóle na robieniu tych napoi?

- Nie.

- To powiedz mi, dlaczego miałbym pana przyjąć?

- Umiem nalewać drinki tańcząc.

- Tańcząc? Z tym się jeszcze nie spotkałem, pokaż!

- Dobrze.

Rozpocząłem pokaz. Butelki latały wszędzie a ja je łapałem w najdziwaczniejszych pozach. Gdy skończyłem szklanka była pełna, a butelki stały obok niej nie tknięte i ustawione jedna na drugiej.

- Brawo, brawo! Masz tą pracę!

- Dziękuję bardzo, uratował mi pan życie.

- Ty prawdopodobnie mi też, ale musimy omówić kwestię pensji.

- Jestem otwarty na wszelkie propozycje.

- Tysiąc funtów?

- A mógłbym tutaj mieszkać dopóki nie znalazł bym czegoś innego?

- To siedemset i możesz tutaj mieszkać przez jakiś czas.

- Dobrze, umowę mam spisaną tylko musisz tutaj podpisać.

- Okej.

- No to mamy już wszystko podpisane. Jak wejdziesz na górę po schodach to pierwsze drzwi na lewo, tam będzie twój pokój.

- Jeszcze raz dziękuję i do widzenia.

Zmęczony nadmiarem wrażeń udałem się na spoczynek. Tak minęła środa. Pracę rozpoczynałem dopiero w piątek, tak więc nadchodzący dzień postanowiłem przeznaczyć na pójście do banku i zobaczenie co mi zostawił pustelnik. Skoro świt pobiegł wykonać cel postawiony sobie wieczorem . W skrytce czekała mnie miła wiadomość: był to klucz do mieszkania i karteczka wyjaśniająca, że lokum jest całkowicie bezpieczne i opłacone na dwa lata z wyprzedzeniem. Bardzo się ucieszyłem i udałem się obejrzeć mój nowy dom. Mieszkanie było bardzo duże i wygodne, z komputerem, telewizorem.

Od tego czasu życie mijało mi bardzo dobrze. Zarabiałem , miałem pieniądze, poznawałem innych ludzi i inne kultury, balowałem, wyrobiłem sobie prawo jazdy na motor, jednym słowem żyć nie umierać. Wszystko się zmieniło kiedy to piętro niżej wprowadził się niejaki Roger Jankens. Z początku nic się nie zmieniło, jednak wraz z upływem czasu coraz bardziej się nie lubiliśmy. Był on faszystą, uważał ,że ludzie nie posiadają inteligencji i powinni nimi rządzić wybrani. Nasyłał na mnie policję i inne służby porządkowe. Wszystko zmieniło się tamtego wieczoru. Wracałem wtedy z wieczornej zmiany. Podążając do swojego mieszkania zauważyłem, że ktoś mnie śledzi. Wyjąłem spod bluzy nóż. Za następnym zakrętem zatrzymałem się i zaczekałem na niego. Gdy tylko zauważyłem kawałek jego ręki wyłaniającej się za ścianą, pociągnąłem go i złapałem przyciskając mu nóż do gardła:

- Kto cię nasłał?

- Kto? Nie poznajesz starego ascety?

- Pustelnik? Przepraszam i dziękuje za mieszkanie. Czemu mnie śledzisz?

- Śledzę? Nie, ja cię chronię.

- Chronisz? Przed kim?

- Słuchaj nie możesz wrócić na farmę, byli tam templariusze ewakuowaliśmy się, ten twój Roger Jankens to templariusz jest blisko, sam musisz sobie z nim poradzić, jeśli cię złapią nie wyjawiaj im nic o nas, jeśli sobie poradzisz znajdę ciebie, powodzenia.

- Dzięki.

Dosłownie mój rozmówca rozpłynął się w mroku. Wyszedłem na oświetloną ulicę myśląc, że tam nikt nie może mi zrobić krzywdy. Z początku na swojej drodze nie napotkałem żadnych problemów, lecz gdy doszedłem do skrzyżowania, każdą możliwą drogę ucieczki zastąpiło mi dziesięciu ludzi .Nie umiałem walczyć, postanowiłem jednak łatwo się nie poddawać . Wyjąłem nóż i rzuciłem się na nich wymachując niezdarnie, poważnie zraniłem dwóch zanim jeden z nich podszedł do mnie od tyłu i mnie ogłuszył.

Następne wydarzenia były o wiele bardziej niezwykłe i interesujące, jednak to materiał na inną opowieść.



Autor: Vendetta
Data dodania: 05.09.2010

Komentarze

Pokaż wszystkie komentarze (0)

Nick*: E-mail: Treść*: Czy jesteś botem? (Proszę zaznaczyć "Nie")
TakNie