Chciałem Wam opowiedzieć historię, która mi się przydarzyła kiedy miałem 16 lat. Jak wiecie, jestem potomkiem Altaira oraz Ezia Auditore i tak jak oni byłem szkolony na asasyna. Nie zakończyłem szkolenia, ponieważ uciekłem z miejsca, w którym szkolono nas na asasynów. To miejsce było nazywane Farmą.
Uciekłem, ponieważ nie podobał mi się ich system. Mówiłem, że to hipisi, którzy zabijają ludzi. Wolałem spędzić inaczej czas niż na żmudnych ćwiczeniach. Postanowiłem uciec przy najbliższej okazji.
Sposobność na ucieczkę nadarzyła się 2 tygodnie po moim postanowieniu. Była ciemna, pochmurna noc. Przez chmury nie przebijało się światło księżyca. Te doskonałe do ucieczki warunki pogodowe utrwaliły mnie jeszcze bardziej w przekonaniu, że powinienem uciekać. Zaraz po postanowieniu ucieczki 2 tygodnie wcześniej zacząłem przygotowywać sobie ekwipunek. Nie było tego wiele. Zawierał on trochę jedzenia i wody na parę dni marszu. Miałem także składany nóż. Wszystko było schowane w torbę pod obluzowaną deską w podłodze. Wszystko było zbierane w największej tajemnicy przed wszystkimi, nawet moim przyjacielem Bruce’m. Mieszkaliśmy razem w jednym pokoju.
Odszedłem od okna. Była godzina 3 rano. Za chwilę zmiana wart. Z tego co słyszałem Bruce obejmuje wartę od godziny 3. Bruce wyszedł, zacząłem się przygotowywać do podróży. Odczekałem jeszcze 20 minut, żeby wszyscy powrócili do swoich pokoi. Dobrze, 20 minut minęło, idę! Byłem już przy drzwiach kiedy drzwi się otworzyły. Stał w nich Bruce. Niech go diabli! Przez chwilę stał zaskoczony, chciał chyba coś powiedzieć, ale mu przerwałem:
- Czemu opuściłeś wartę?
- Nick mnie zastąpił – spojrzał na moją torbę – A ty gdzie się wybierasz?
- Uciekam – powiedziałem uśmiechając się.
Też się uśmiechnął i odrzekł:
- Dobry żart. To gdzie się wybierasz?
- Tajemnica.
- Dobre sobie. Pewnie test sprawdzający umiejętności.
- Skąd wiedziałeś?
- Rozmawiałem z Mistrzem i mi mówił, że zaczną się testy. Powodzenia!
Po tej wymianie zdań wyszedłem z Farmy z nikim się więcej nie spotykając.
Mój plan był prosty: uciec jak najdalej przed świtem. Tylko był jeden problem: ja uciekałem pieszo, a oni mogli mnie doścignąć jednym ze swoich pojazdów. Prawdopodobnie motorem, którym jest znacznie lepiej poruszać się po lesie niż autem.
Kierowałem się na wschód chociaż początkowo miałem zamiar iść na północny zachód. Nie wiem czemu zmieniłem kierunek marszu, ale postanowiłem się kierować przeczuciem.
- A więc zniknę, przekraczając granicę statkiem – pomyślałem.
No cóż teraz moim zmartwieniem będzie zmylenie czujek, które na pewno są. Przeszedłem jeszcze z jakieś 2 kilometry gdy wtem! Zauważyłem coś! Jakiś ruch. Znowu! Ruch na drzewie jakieś pięć metrów przede mną. To na pewno nie wiatr, ponieważ sam nie odczułem chłodu na skórze, a inne drzewa nie poruszyły się. Cholera! Mogli mnie zobaczyć. Jednak coś mi mówiło, że nie zauważyli. Przykucnąłem w pobliskich krzewach, odczekałem parę minut aż łomotanie serca ustanie. Po czym postanowiłem powoli i ostrożnie wycofać się w głąb lasu i poszukać innej drogi.
Już świtało jak znalazłem starą wydeptaną ścieżkę. Pewnie zwierzęta ją wydeptały – pomyślałem. A jednak było w niej coś co mi mówiło, że to ścieżka wydeptana przez człowieka. Już wiem co mi się w niej nie podobało. Ścieżki wydeptane przez zwierzęta nie mają wyciętych gałęzi. I nie są tak zadbane – ta widać było, że kiedyś o nią dbano. Teraz zostawiono ją samej sobie jakby ktoś chciał się ukryć. Tak, to jest na pewno ścieżka oczyszczona i wydeptana przez człowieka. Powstałem z klęczek i odszedłem może 100 metrów gdy zza zakrętu pojawił się stary drewniany domek. Chata zwykła na oko dla dwóch, góra trzech osób. Nie przedstawiała niczego szczególnego swoim wyglądem. Postanowiłem się trochę rozejrzeć za jakimś środkiem transportu. Odszedłem głębiej w las i postanowiłem obejść chatę wokół w cieniu drzew. Gdy przebyłem połowę w drogi wokół polany zobaczyłem przybudówkę. Prawdopodobnie przeznaczoną dla konia. Środek transportu lepszy niż żaden – powiedziałem sobie w myślach. Wróciłem do ścieżki. Co dalej? – zapytałem siebie. W końcu postanowiłem usiąść w cieniu drzew odpowiednio dalekich aby zostać niezauważonym ale odpowiednio bliskich by zobaczyć czy może gospodarz nie wychodzi z chaty. Postanowiłem zjeść śniadanie i się trochę zdrzemnąć.
Gdy się obudziłem był już późny wieczór. Promienie słoneczne już prawie nie były widoczne. Ściemniało się coraz bardziej. Wiedziałem, że trzeba zacząć działać inaczej będę musiał przebyć całkiem spory kawałek trasy pieszo. Ta chata może być jedyną w promieniu setek kilometrów. Dokładnie zadano aby Farma była na odludziu.
Wstałem, zarzuciłem sobie torbę na ramię i zacząłem się skradać tą samą trasą co wcześniej. Chciałem przebyć pustą przestrzeń jak najszybciej więc wybrałem trasę aby przebyć tą drogę z najlepszej pozycji. Stanąłem na granicy linii drzew. Stałem tak jeszcze przez minutę albo dwie. Przeszedłem szybciej niż zamierzałem trasę dzielącą mnie od drzwi stajni. Otworzyłem drzwi, od razu było można poznać że jest tu koń. Śmierdziało. Zobaczyłem go. Zarżał. Dziwne, nie był przywiązany aby nie uciekł. Wzruszyłem ramionami.
- No cóż przyjacielu, przejedziemy się trochę – powiedziałem.
- Nie sądzę – powiedział, a raczej wysyczał głos za mną.
Odwróciłem się. Zobaczyłem postać ledwie widoczną. To był mężczyzna, sądząc po głosie. Twarz miał zakrytą. Jego peleryna zlewała się z otoczeniem kiedy się poruszał. Podszedł do mnie niebywale szybko. Kiedy podszedł zobaczyłem jego oczy, były ciemne, złowrogie.
- Nie pozwolę aby na moim koniu jechała osoba, która nie utrzyma się w siodle – powiedział.
- Nie utrzymam się?
Odpowiedziała mi cisza. W końcu chciałem się odezwać ale tajemniczy osobnik powiedział:
- Jeśli utrzymasz się w siodle pozwolę ci odjechać, Desmondzie.
- Zaraz, chwileczkę… Skąd mnie…?
Nieznajomy wstrzymał lawinę pytań gestem ręki.
- Wiem wiele rzeczy, Miles. Jutro jak wypoczniesz po śniadaniu pokażesz na co cię stać.
- A ty kim jesteś?
- Kimś kto ci może się przydać.
Widząc, że chcę jeszcze zapytać się o coś odrzekł:
- Jutro wszystko ci wyjaśnię. Przynajmniej część. Teraz chodź na kolację.
Poszedłem za nim bez zbędnych pytań. Wyznaczył mi izbę do spania i zaprosił na kolację. Po pysznej kolacji powiedział, że pora spać. Po czym poszedł do swojej sypialni. Więc ja też poszedłem spać.
Nazajutrz wstałem wcześnie rano. Świtało. Była około godziny trzeciej. Za oknem prawie nic nie było widać, była bardzo gęsta mgła. Przez chwilę zastanawiałem się co tu robię. W końcu przypomniałem sobie. Postanowiłem się ubrać. Kiedy się przebrałem wyszedłem ze swojego pokoju. Dopiero teraz zauważyłem, że ten dom nie jest podłączony pod prąd.
- Dziwne, jak tak można żyć bez prądu – pomyślałem.
- Witaj, Desmondzie – przywitał mnie głos gospodarza domu.
- Witaj, yyee… Jak cię zwą?
- Zwą mnie Malcolm – odpowiedział.
- A więc witaj panie Malcolmie.
- Bez tego „panie” dobrze? Mów mi Malcolm.
Po tej wymianie zdań wskazał mi krzesło przy stole. Po czym zaczął przygotowywać śniadanie.
- Po śniadaniu sprawdzimy czy utrzymasz się w siodle – powiedział z uśmiechem na ustach.
A więc po śniadaniu stracisz konia – powiedziałem.
- Przekonamy się o tym już niebawem – odrzekł.
Po śniadaniu Malcolm nałożył swój płaszcz i zauważyłem coś, czego wczorajszego dnia nie zauważyłem. Miał założone u pasa dwa noże. Pierwszy, mniejszy, na pewno do rzucania, drugi zaś przypominał krótki miecz.
Wychodząc Malcolm zabrał jeszcze ze sobą długi łuk i kołczan pełen strzał. Nie wiedziałem, co zamierza. Nadal mało o nim wiedziałem. Malcolm był osobą w średnim wieku, miał na oko 40 lat. Siwizna zaczęła się pojawiać na jego kruczo czarnych włosach. Był niski, ale bardzo silnie zbudowany. Gdy wyszliśmy z domu kazał mi chwilę zostać. On poszedł do stajni. Gdy odchodził, chociaż wiem którędy szedł, parokrotnie znikał mi z oczu.
- Dziwny człowiek – pomyślałem.
Wrócił ze stajni wierzchem. Zatrzymał konia niedaleko mnie i zsiadł.
- Spróbuj szczęścia – powiedział.
- Nie będzie mi potrzebne – powiedziałem.
- Skoro tak sądzisz.
- Jak się wabi?
- Blaze.
Teraz miałem okazję przyjrzeć się koniowi Malcolma. Bardziej przypominał kucyka niż wierzchowca. Koń ten był beczułkowaty. Dość śmiesznie wyglądał. Ale jego oczy… Cóż, na pewno konik był bystry.
- Na co czekasz? Wsiadaj.
- Racja – otrząsnąłem się z zamyślenia
Wsiadłem na Blaze’a. Odczułem dreszcz satysfakcji. Nagle stało się coś nieoczekiwanego. Bardziej poczułem niż zobaczyłem jak koń sprężył mięśnie. Pobiegł kawałek dalej i miotał mną tak długo aż spadłem. Wściekle spojrzałem za siebie i zobaczyłem postać w kapturze która się śmiała. Koń też zdawał się śmiać, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Powstałem z ziemi.
- No cóż zdaje się, że teraz jesteś zdany na mnie – powiedział Malcolm.
- Co to było? – zapytałem wskazując na konia.
- To było zabezpieczenie przed koniokradami. Tylko nieliczni mogą wsiąść na konia tej rasy – odpowiedział.
- No to jak mam uciec? – spytałem.
- Widzę dwie możliwości: spróbujesz uciec na własnych nogach, chociaż wiadomo, że cię dogonią wtedy i złapią…
- A ta druga możliwość? – spytałem.
- Zdasz się na mnie i pomogę ci w ucieczce. Ale ostrzegam! Może być czasami ciężko – powiedział głosem bezbarwnym – Przemyśl to, dziś wieczorem dasz mi odpowiedź.
- I tak wiem co wybiorę! Wybieram drugą możliwość. Chcę być jak najszybciej w miarę bezpieczny.
- Pośpiech jest zaprzeczeniem prędkości. Przemyśl to.
Bo długim poranku przyszła pora na obiad. Malcolm po obiedzie powiedział: „Wrócę przed zachodem, nie czekaj na mnie z kolacją” i odjechał. Ja przez ten czas się okrutnie wynudziłem. Zdrzemnąłem się. Obudziłem się akurat na jakieś 10 minut przed Malcolmem.
- Widzę że spałeś – powiedział.
- Skąd wiesz?
W odpowiedzi machnął ręką.
Zjedliśmy kolację.
- Nadal chcesz aby ci pomóc?
- Tak.
- Tak też myślałem – powiedział w zamyśleniu.
- Doprawdy?
- Choć, chcę ci coś pokazać – powiedział.
Poszedłem za nim. Zaprowadził mnie do stajni. Obok Blaze’a stał koń. Nie przypominał nic a nic tego beczułkowatego konia obok.
- Pomyślałem, że może przydać do naszej podróży.
- Dziękuję.
- Tylko nie myśl, że masz go na własność. Obiecałem właścicielowi, że go oddam gdy się rozstaniemy. Jutro go sobie dosiądziesz i dokładnie obejrzysz. Nazywa się Zeus.
Po tym zdarzeniu poszedłem spać, nie wiedziałem co robi Malcolm. Chyba wybrał się na przejażdżkę.
Następnego dnia wcześnie rano obudziły mnie obawy czy dobrze czynię, wciągając w to Malcolma. Postanowiłem się ubrać i przejść trochę. Wyszedłem najciszej jak umiałem.
Kiedy otworzyłem dni poczułem chłód na swoim ciele i od razu zatęskniłem za ciepłym łóżkiem. Jednak odrzuciłem myśl powrócenia do pokoju. Przeszedłem się parę razy wokół gospodarstwa. Usiadłem obok drzewa opierając się o korę plecami.
- Dobrze ci się siedzi? – zapytał z zaskoczenia znajomy głos.
Spojrzałem w tamtą stronę skąd usłyszałem głos.
- Tak dobrze. A ty co robisz tak wcześnie rano Malcolmie?
- Odkąd tu jesteś, codziennie patroluję okolicę czy aby asasyni sobie o mnie nie przypomnieli. W końcu mogli pomyśleć, że znalazłeś stary szlak – powiedział – Dziwne…
- Co jest dziwne?
- A to, że nie znam drugiej osoby oprócz ciebie co usiadła jakby nic wręcz prawie na mrowisku – powiedział to wznosząc prawą brew.
Wstałem otrzepując się i spoglądając na trawę. Niczego tam nie było. Malcolm śmiał się po cichu.
- Zabawne… Doprawdy… - odrzekłem wściekle.
- Oj nie gniewaj się – powiedział wciąż uśmiechając się, po chwili powiedział poważnie – Wybacz. Choć zjemy śniadanie i wybierzemy się na przejażdżkę.
- Niech tak będzie – powiedziałem
Po wybornym śniadaniu poszliśmy po konie. Osiodłaliśmy je. Chciałem wsiąść ale Malcolm mnie powstrzymał.
- Jeszcze nie. Musimy przebyć kawałek pieszo. Kiedy spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, powiedział:
- Mój koń jest przystosowany do poruszania się w ciszy i do podkradania się. Twój nie. Musimy przejść obok czujek najciszej jak można.
- Rozumiem – powiedziałem, chociaż nie wiele zrozumiałem.
Przeszliśmy kilometr kiedy Malcolm oznajmił że można już wsiąść na konie. Po tym pojechaliśmy galopem zatrzymując się jedynie na krótkie odpoczynki i szybki obiad. Podróżowaliśmy bardzo ciekawą okolicą. Nie spotkaliśmy żadnego domu.
- Nie zdążymy wrócić na noc – wyjaśnił – Spokojnie. Zatrzymamy się u mojego przyjaciela. Mieszka nie daleko stąd.
Po dwudziestu minutach jazdy dotarliśmy do niewielkiego domku. Podobnego do chatki Malcolma. Słońce miało się już ku zachodowi. Gospodarz gdy usłyszał konie wyszedł z domu z otwartymi ramionami w geście powitania. Podjechaliśmy bliżej.
- Witaj Horace!
- Witaj Malcolmie! Co cię tu sprowadza? – zapytał gospodarz.
- Ten oto młody człowiek – wskazując na mnie.
- Dzień dobry – powiedziałem.
- Dobry, dobry młody człowieku. Jak ci na imię?
- Desmond.
- Ach więc witaj Desmondzie – po czym zwracając się do Malcolma – Co was tu sprowadza?
- Mamy nadzieję przenocować u ciebie. Nie zdążymy już wrócić do domu.
- A więc dobrze. Zostańcie. Tak się cieszę. Konie zaprowadźcie do stajni.
- Dziękujemy – powiedział Malcolm.
Stajnia Horace’a znacznie różniła się od stajni Malcolma. Była znacznie większa. I było w niej co najmniej siedem koni. Kiedy oporządziliśmy konie poszliśmy się umyć w pobliskim strumyku.
Weszliśmy do domu Horace’a. I tu czekała mnie niespodzianka. Horace i Malcolm byli identycznie ubrani i mniej więcej tego samego wzrostu.
- Zapraszam na kolację – powiedział gospodarz.
- Z chęcią coś zjem – powiedział Malcolm.
Po kolacji gospodarz wskazał nam pokoje. Ja poszedłem spać. Usłyszałem tylko strzępek rozmowy:
- Skąd masz tego dzieciaka?
- Później…
Usnąłem.
Następnego dnia po śniadaniu wybraliśmy się z powrotem do chaty. Wróciliśmy na późny obiad. Po zjedzeniu go postanowiłem się czegoś dowiedzieć.
- Mogę o coś zapytać?
- Myślę, że już to zrobiłeś – po czym dał znak żebym mówił.
- O czym rozmawiałeś wczoraj wieczorem z Horace’m? – wypaliłem.
- O niczym ważnym co mogło by cię zainteresować.
- Ale… - Malcolm przerwał mi.
- Kiedyś istniało coś takiego jak szacunek dla starszych, ale widocznie te czasy dawno minęły. Jak już musisz koniecznie wiedzieć, to rozmawiałem o tobie, skąd przybyłeś i tego typu – powiedział wyraźnie zezłoszczony, ale ja chciałem wiedzieć coś jeszcze.
- Ty i Horace należycie do jednego yyyeee… - szukałem odpowiedniego słowa, aż znalazłem – stowarzyszenia?
- Można tak powiedzieć – odpowiedział – Teraz należy zająć się naszą wycieczką. Od jutra zaczynamy przygotowywania.
Po czym wyszedł z domu. Zostałem sam. Postanowiłem wszystko przemyśleć.
Malcolm wrócił na kolację. Trzymał w ręku torbę. Wysypał z niej zawartość. Okazało się, że to zioła, które zaczął zasuszać.
- Przydadzą się na podróż. Dla urozmaicenia smaku potraw. Dziś nauczę cię gotować.
Po zakończeniu potrawki i jej spożyciu poszliśmy spać. Przynajmniej ja tak zrobiłem.
Kolejnego dnia wstałem późno. Było około południa. Jak zwykle ubrałem się i postanowiłem zjeść spóźnione śniadanie.
- Późno dziś wstajemy – usłyszałem głos przed sobą, należał on do Malcolma, ale go nie zauważyłem od razu.
- Wczorajszy dzień był męczący – odrzekłem.
- Jak zjesz to zaczniemy przygotowania.
Po szybko zjedzonym śniadaniu udałem się do pokoju Halta.
- Nikt nie nauczył Cię pukać do drzwi – powiedział cały czas czytając jakieś listy.
- Wybacz.
- Zaraz pomówmy o moim planie, który ci przedstawię za chwilę. Teraz… - tu zrobił wyraźną pauzę – pomówimy o Twoich obowiązkach.
- Obowiązkach?
- Tak obowiązkach – powiedział – Widzisz, nasza podróż będzie bez służących i będziemy musieli się dzielić pracami.
- Rozumiem.
- A więc tak, będziesz na pewno stał na warcie. Rozpalał ognisko, przygotowywał potrawy. Rozkładał obozowisko i je składał.
Zamyśliłem się, nie jest tego tak dużo, ale…
- A ty co będziesz robił? – zapytałem.
- Masę rzeczy – spojrzał w moją stronę – między innymi będę polował, zacierał ślady, dowodził i tego typu różne rzeczy – po ostatnich słowach uśmiechnął się.
- Dobrze, niech tak będzie.
- A teraz mój plan… Moim zdaniem najlepiej byś zrobił gdybyś został w kraju i nie używał prawdziwego nazwiska.
- Ale dlaczego?
- Przejeżdżając przez granicę legalnie byś musiał użyć prawdziwego nazwiska, czyli łatwo byłoby cię znaleźć. Lepiej pozostań w kraju zaszyj się w jakimś dużym mieście i nie używaj prawdziwego nazwiska. To moim zdaniem najlepsze wyjście. Przemyśl to.
Reszta dnia bardzo szybko minęła. Zanim się obejrzałem była ciemna noc.
Następnego dnia obudziłem się wcześnie rano – słońce jeszcze nie wyszło - raczej Malcolm mnie obudził.
- Wstawaj – powiedział.
- Ale co się dzieje? – zapytałem.
- Wyruszamy.
Zdziwiłem się nieco. Przecież mieliśmy wyjechać dopiero za parę dni. Ubrałem się szybko. Chciałem zjeść śniadanie.
- Nie ma na to czasu – Powiedział Malcolm – Zjesz później.
Wyszliśmy szybko z domu. Weszliśmy do stajni. Konie były przygotowane do podróży. Bagaż był już nałożony na konie.
- Dzisiejszej nocy szczęśliwym trafem przygotowałem nas do podróży – wyjaśnił – Później postanowiłem obejść okolicę, również Farmę. Nie wyglądało to ciekawie. Musimy się szybko stąd wydostać, bo jak ciebie znajdą u mnie będzie fatalnie. Jak nikogo nie zastaną nic się nie stanie. Mogą uznać, że wyjechałem w podróż co często robię. Teraz musimy wyjechać. Będziemy kluczyć. Teraz szybko wsiadamy na konie i wyjeżdżamy.
Po tych słowach wyjaśnienia zrobiło mi się niedobrze. Wsiadłem na konia i za Malcolmem wyjechałem ze stajni. Malcolm zamknął stajnię i wyjaśnił:
- Jakby przyjechali tutaj i zobaczyliby, że stajnia jest otwarta pomyśleliby, że wyjechałem w pośpiechu. Będziemy jechać w kierunku mojego przyjaciela – mówił powoli, jakby w ogóle nie odczuwając strachu. Mówił bez jakichkolwiek uczuć.
Następnie wyjechaliśmy. Na początku powoli. Dziwiło mnie to. Później ruszyliśmy galopem. Jechaliśmy tak spory kawałek. Przy strumyku zatrzymaliśmy się na pół godziny, żeby napoić konie oraz zjeść śniadanie. Potem ruszyliśmy w kierunku północno-zachodnim, a nie jak poprzednio północno-zachodnim. Jechaliśmy jeszcze kawałek przez las. Po dziesięciu minutach drogi zatrzymaliśmy się na godzinny postój. Zatrzymaliśmy się na polance. Rozbiliśmy obozowisko.
- Przygotuj coś do jedzenia, a ja w tym czasie postaram się trochę szerzej wyjaśnić moje zamiary.
- Zrobiłem tak jak kazał. Zacząłem przygotowywać potrawkę.
Malcolm rozsiadł się opierając o drzewo.
- Zmierzamy do Kansas City. Jednak będziemy musieli skorzystać z samochodu ponieważ nie dotrzemy tak daleko konno, a raczej zbyt długo by to trwało. Nie ukrywam, że się z tobą wybieram. Odwiozę cię aż do samego Oklahoma City. Będę wybierał raczej drogę przez las. Musimy się dostać do jakiejś wioski gdzie będzie można cię przetransportować do Oklahoma City, a stamtąd do Kansas. Czeka nas jeszcze parę dni jazdy konnej do wioski. Ja pierwszy obejmę wartę, tylko na początku zjem tę wyborną potrawkę.
Po zjedzeniu potrawki Malcolm poszedł do ich „wartowni” parę metrów od obozowiska w krzakach. Zbliżała się noc. Zasnąłem. Około godziny pierwszej rano zbudził mnie Malcolm.
- Jak księżyc będzie tutaj – wskazał ręką miejsce – to mnie obudzisz.
Poszedłem do „wartowni”. Usiadłem na chłodnej ziemi opierając się o drzewo. Tak jak mnie upomniał Malcolm nałożyłem kaptur i starałem się być w bezruchu. Poruszając jedynie oczami. Cały czas słyszałem jakieś hałasy, ktoś nadepnął na gałąź. Było strasznie. Aż w końcu nastał koniec mojej warty. Obudziłem Malcolma i odprowadziłem go wzrokiem. Zniknął mi z oczu już po dwóch metrach. Dziwny człowiek – pomyślałem, po czym znów ułożyłem się do snu.
Zwinęliśmy obóz rano. Słońce jeszcze nie wzeszło nad gęsty las kiedy my kończyliśmy jeść śniadanie. Po zjedzonym śniadaniu dokładnie zatarliśmy ślady wskazujące na to, że ktoś tu zeszłej nocy obozował. Jechaliśmy prawie w cale się nie zatrzymując. Dwa razy na półgodzinny odpoczynek. Słońce było już wysoko i żar lał się z nieba. Malcolm postanowił, że zatrzymamy się w cieniu drzew na godzinny odpoczynek. Zjedliśmy naprędce przygotowany posiłek. Wiele nie mówił dzisiejszego dnia, w sumie to nigdy dużo nie mówił.
- Wiesz co? – odezwał się w końcu – Może zatrzymamy się tu na noc? Wyruszymy w nocy. Teraz się zdrzemniemy. To znaczy ja się teraz zdrzemnę, a ty weźmiesz pierwszą wartę.
- Dobrze – powiedziałem. Nie miałem ochoty dzisiaj na jazdę konną.
Poszedłem parę metrów od obozowiska i usadowiłem się mniej więcej wygodnie. Moja warta minęła spokojnie. Nadeszła pora na Malcolma, było już ciemno. Postanowiłem podrzemać. Kiedy się obudziłem ogień już się tlił w ognisku. Bardziej wyczułem niż dostrzegłem czyjąś obecność.
- Wstań! – usłyszałem niski głos. Wstałem posłusznie. Gdzie jest Malcolm? – zapytałem siebie w myślach.
Teraz dopiero zauważyłem, że ów mężczyzna ma ze sobą towarzyszy i wszyscy mierzą w niego z pistoletów.
- Zachciało nam się uciekać? Teraz pomożesz nam – powiedział
- Wątpię – próbowałem grać na zwłokę.
- Wątpisz? Idziemy! – powiedział inny.
- Nie tak szybko – usłyszałem głos, który słyszałem w zasadzie codziennie. To był Malcolm.
Wszystkich twarze zwróciły się ku postaci w kapturze, ledwie widocznej w tle lasu.
- Puść go wolno, a pozwolę wam odejść – powiedział to właściwe sycząc. A ton jego głosu był przerażający. Latarki skierowały swoje światło w jego twarz i tak ledwie widoczną. Jego oczy były pozbawione uczuć. Czuć było w nich groźbę.
- Ty śmiesz nam rozkazywać?
- Nie, jedynie daruję wam życie jeśli go zostawicie w spokoju.
- Haha! Wiesz co pokurczu? Nie skorzystamy z twojej propozycji.
Gdy tylko umilkły te słowa Malcolm wykonał jakiś dziwny ruch, jego płaszcz zmazał się z tłem. Słychać było świst. Po dwóch sekundach leżała połowa wrogów, po kolejnej sekundzie wszyscy byli martwi z czarną strzałą w czole. Został jedynie ich przywódca. Chciał już mierzyć w Malcolma, kiedy ja trzasnąłem go w głowę kamieniem. Cios ukazał się tak mocny, że nie przeżył.
- Dobrze się czujesz? – zapytał mnie Malcolm.
- Chyba tak. Kim oni są?
- Raczej nie asasynami. Zbierajmy się. Pewnie niedługo będzie ich tu więcej.
Wyruszyliśmy kilkanaście minut po tym zajściu. Jechaliśmy bez przerwy aż do wschodu słońca. Daliśmy koniom wypocząć i sami zjedliśmy lekkie śniadanie.
- Już nie dużo nam brakuje do jakiegoś miejsca, w którym zdobędziemy transport i będziemy mogli zostawić konie.
Po tej krótkiej wymianie zdań dalej wyruszyliśmy w drogę. Parę razy jeszcze zmylaliśmy ślady. W końcu nastał wieczór. Obozowisko nasze tym razem nie było zbytnio rozkładane. Nie rozpalaliśmy ognia. Wyciągnęliśmy jedynie koce. Przez całą noc prawie nie zmrużyłem oka. Malcolm zdawał się nie przejmować tym, co ostatnio zaszło. Malcolm teraz poszedł na wartę. Nie mogłem zasnąć. W końcu Malcolm przerwał moje cierpienie z bezsennością i wysłał mnie na wartę.
Następnego dnia źle się czułem. Byłem lekko podenerwowany. Malcolm zdawał się to zauważyć, ale dalej jechał najspokojniej w świecie. Jego koń zarżał. Poklepał go po chrapach i coś do niego szepnął. I oto ku mojej większej irytacji wyluzował się jeszcze bardziej w siodle! Podjechaliśmy jeszcze parę metrów i Malcolm dał ręką znak aby się zatrzymał. Nie wiedziałem o co mu chodzi, gdy Malcolm przemówił:
- Wyjdź zza krzewów – mówiąc to uniósł łuk, ale go nie naciągnął. Niedawno przecież miałem pokaz umiejętności Malcolma.
Nikt nie wyszedł.
- Daję ci ostatnią szansę! Wyjdź albo przeszyję cię strzałą! – powiedział nieco ostrzej niż poprzednio.
Tym razem odezwało się warczenie i nagle wilk wyskoczył zza krzewów w moją stronę. Przebiegł bardzo szybko w moją stronę i miał najwyraźniej skoczyć gdy na początku świsnęła jedna cisowa strzała, potem druga. Obie trafiły tam gdzie miały trafić i obie przynosiły za sobą śmierć. Trafiły w głowę. Między oczy wilka.
- Zostań – powiedział do mnie Malcolm i sam zszedł z konia i podszedł kawałek dalej w stronę skąd wyskoczył wilk.
Podszedł ostrożnie w stronę krzewów. Potem wszedł za nie i przez chwilę wpatrywał się w ślady. Potem wrócił.
- Dziwne. Zwykle wilki same nie podróżują. Przybył sam. Jedźmy.
Niedługo po porze obiadowej dostaliśmy się do małego miasteczka. W zasadzie wioski.
- Poszukajmy miejsca gdzie będziemy mogli zostawić konie i coś zjeść – powiedział Malcolm, na obiad się nie zatrzymaliśmy.
- A nie możemy na początku czegoś zjeść, a potem zająć się końmi? – zapytałem.
- Nie – odrzekł surowo – Nie zapomnij, że gdyby nie konie bylibyśmy jeszcze daleko stąd.
Musiałem przyznać mu rację.
W końcu udało nas się znaleźć osobę która zgodziła się zaopiekować naszymi końmi – oczywiście za odpłatą. Kiedy oporządziliśmy konie poszliśmy do gospody zjeść obiad. Po zjedzonym obiedzie wynajęliśmy pokoje na noc. Malcolm po wynajęciu pokoi poszedł poszukać kogoś, kto by nas zawiózł do Oklahoma City. Kiedy Malcolm szukał kierowcy ja nudziłem się w naszym pokoju. Po trzech godzinach męki Malcolm wrócił.
- I co? Znalazłeś kogoś? – zapytałem.
- Tak, zgodził się nas przewieźć jutro rano do Oklahomy za całkiem przyzwoitą sumkę.
- Zaraz… - coś mi się nie zgadzało w jego opowieści – Skąd miałeś pieniądze? Przecież długo cię nie było w żadnym z miast?
- Zapewniam cię, że nie ukradłem ich. Doskonale wiedziałem co się dzieje w świecie.
- Skoro tak twierdzisz… - powiedziałem zrezygnowanym tonem.
Następnego dnia wyjechaliśmy wcześnie rano z naszym kierowcą ciężarówki, Tomem. Podróż minęła bez przeszkód, ale była bardzo długa i nużąca. Pod wieczór byliśmy na miejscu. Szybko znaleźliśmy jakiś w miarę tani hotel, w którym spędziliśmy noc. W Oklahoma City Malcolm zmienił strój z szaro-zielonego płaszcza na garnitur. Tom pozostał na prośbę Malcolma w hotelu, gdyż Malcolm chciał wrócić jeszcze tego samego dnia po konie. Malcolm wbrew mojego przekonania świetnie orientował się, gdzie co się znajduje w mieście. Kupił mi bilet, dał mi trochę pieniędzy na drogę. Kiedy mój transport już przybył, nadszedł najwyższy czas do pożegnania się.
- Żegnaj Malcolmie, dzięki za wszystko.
- Pamiętaj. Bądź ostrożny. Znajdź jakąś pracę.
Uścisnęliśmy się serdecznie.
- Żegnaj – rzucił Malcolm, jak zwykle bez żadnych uczuć które można byłoby dostrzec na jego twarzy.
- Żegnaj – odpowiedziałem wchodząc już do pociągu.
Pociąg ruszył. Zostawiając wszystko za sobą. Włącznie z Malcolmem, którego ostatni raz widziałem jak stał w bezruchu.














