Assassin's Creed: Geneza

Nad pustynią roztaczał się zachód słońca muskając piasek krwawymi smugami. Siedziałem na drewnianym dachu wieży obserwacyjnej w małej wiosce Asasynów, gdzieś na Outbacku w Australii. Życie nie jest łatwe w tak surowej okolicy, ale jesteśmy prawie samowystarczalni. Hodujemy owce, które dostarczają nam mięsa, skór i mleka, w jakiś sposób udało nam się zmusić glebę do wydawania plonów, ale są rzeczy, których nie jesteśmy w stanie zrobić sami, dlatego co jakiś czas otrzymujemy dostawy z zewnętrznego świata od innych Asasynów. W gruncie rzeczy dostawy i kurierzy stanowią jedyną rozrywkę w tym zapomnianym przez ludzi miejscu. Oczywiście nikt nie narzeka. Wszyscy w spokoju znoszą trudy codzienności w imię większego dobra, czy czegoś tam. Przerwałem na chwilę by przelecieć wzrokiem horyzont dookoła. Słońce zaczynało się powoli chować za wzgórzami w oddali. Nie zauważywszy niczego podejrzanego, wznowiłem swoje rozmyślania. Otóż jakoś nigdy nie przekonywały mnie ich, to znaczy "nasze" idee. Zwłaszcza, że każą nam w ich imię zabijać i ginąć. Ta ich "Odwieczna walka Asasynów z Templariuszami" pewnie dawno już się skończyła, a na tym zadupiu nic o tym nie wiemy. Nasi wysyłani na misje zapewne giną zabici jako terroryści. Za nic nie chcę umrzeć za nie swoją sprawę. Chcę się stąd wyrwać, uciec z tej klatki, zobaczyć świat, o którym tyle czytałem! Nawet nie zauważyłem, że w czasie, gdy ja narzekałem na swój los, słońce zdążyło już zajść, pogrążając pustynię w ciemności rozjaśnianej tylko nikłym światłem gwiazd. Był nów.

Nagle poczułem, że ktoś stuka od dołu w dach, na którym siedziałem.

- Hej Desmond, złaź! Zmiana warty!

Rozpoznałem głos Kerrana, mojego dobrego przyjaciela, który przyszedł, żeby mnie zluzować. Ach, nie wspominałem? Byłem na warcie, lecz w odróżnieniu od innych braci i sióstr, ja wolałem siedzieć na wieży obserwacyjnej. Roztacza się stamtąd lepszy widok i przez to są tam lepsze warunki do medytacji, co na tym zadupiu jest ostatnio moją jedyną rozrywką. Zawsze lubiłem tam siedzieć, obserwować widoki i rozmyślać, a wtedy moje myśli schodziły często na temat "jak się stąd wyrwać", który męczy mnie już od dawna.

Ześlizgnąłem się z pochyłego zadaszenia wieży pewnie chwytając się za jego krawędź i wskoczyłem do wnętrza. Robiłem to już tyle razy, że mógłbym powtórzyć ten manewr z zamkniętymi oczami. W środku stał uśmiechając się Kerran, wysoki i barczysty osiemnastolatek z krótką brodą i ciemnymi włosami spiętymi z tyłu w kucyk. Jak to miał w zwyczaju uściskał mnie na powitanie, prawie łamiąc mi żebra i rzekł:

- Co jesteś taki zmarnowany? Czyżby, Desmond Miles znowu narzekał na swój marny los?

- Ech, daj spokój Kerran, ostatnia rzecz, której w tej chwili potrzebuję to twoje cyniczne docinki.

- Kto? Ja? Cyniczny? Ja tylko chcę pomóc ci pogodzić się z życiem, Des - odparł ze śmiechem.

- Dobra, zmęczony jestem, idę do siebie. Miłej warty bracie.

Klepnąłem go w ramię na odchodne i zsunąłem się po drabinie.


Idąc przez wioskę Asasynów, którą raczej powinienem nazywać obozem, gdyż jest tu nas w porywach trzydzieści osób, napawałem się ciszą. To niesamowite, ale już parę chwil po zachodzie słońca życie w obozie zamierało. Światła gasły, muzyka cichła, a ludzie znikali w swoich skromnych domostwach. Po części ze względów bezpieczeństwa - w końcu "Templariusze poszukują takich obozów jak nasz!" - ale główny powód jest bardziej trywialny - wszyscy są zmęczeni pracą. Jedynie co jakiś czas można było dostrzec przemykające wśród cieni kontury wartowników, zawsze czujnych i uzbrojonych. Na moje nieszczęście wszyscy muszą pracować, zwolnienie z obowiązków zapewnia tylko obłożna choroba lub śmierć. Przynajmniej jest to urządzone z głową, tak żeby wykorzystywać naturalne talenty i zdolności ludzi. I tak cierpliwy człowiek o bystrych oczach dostaje więcej przydziałów jako wartownik, a urodzony pedagog będzie się spełniał w roli nauczyciela. Przechodząc przez środek obozu minąłem namiot Opiekunów - duży, wojskowy, wykonany z nieśmiertelnego, zielonego brezentu był jedynym miejscem, w którym często prace trwały przez całą dobę, tak też było dziś. Zauważyłem wychodzącego z namiotu Opiekuna Khaleda. Był to chorobliwie chudy, wręcz szkieletowaty człowiek, średniego wzrostu, o długich kończynach. Wstyd się przyznać, ale zawsze się go bałem, zwłaszcza jego świdrującego wzroku, który przeszywał mnie na wylot, obnażając wszystkie moje sekrety i przewiny. Minąłem go jak najszybciej, odczuwając irracjonalny strach i mając nadzieję, że mnie nie zatrzyma. Na szczęście bez przeszkód dotarłem do mojej chaty. Wnętrze było urządzone skromnie, ale i tak większość czasu spędzałem na zewnątrz. Miałem jeden prosty, drewniany stół, jedno niewygodne krzesło, dużą skrzynię pod ścianą i posłanie rozłożone w kącie. Byłem już zmęczony, ale przed położeniem się sprawdziłem jeszcze, czy moja skrytka jest nienaruszona. Wyjąłem obluzowaną deskę spod posłania i odnalazłem rzeczy dotykiem. Wyglądało na to, że szczęście było po mojej stronie. Nie, żebym się spodziewał, że ktoś po prostu wejdzie pod moją nieobecność i zacznie przekopywać mój skromny dobytek, ale przypadki chodzą po ludziach. Wolałbym, żeby nikt przedwcześnie się nie dowiedział o moich planach ucieczki. Zwłaszcza, że szczerze mówiąc nie miałem jeszcze żadnego planu, tylko sam zamiar. Jeśli chodzi o konkrety, to od jakiegoś czasu zbierałem przedmioty, które mogłyby mi się przydać, gdyby nadarzyła się okazja do ucieczki. Miałem już między innymi nóż traperski, 2 dodatkowe bukłaki, linę i parę skórzanych sakw. Niektóre z nich posiadałem wcześniej na własność, inne sam zrobiłem, a linę dostałem. W razie nagłej ucieczki, z wodą nie byłoby problemu, mógłbym po prostu jakby nigdy nic podejść i nabrać wody z obozowej studni. Największy problem stanowił prowiant. W tak małej społeczności prawie niemożliwe jest zdobycie jedzenia bez ściągnięcia niechcianej uwagi. Już od jakiegoś czasu łamałem sobie głowę nad tym problemem i mimo wielu nieprzespanych nocy, wciąż nie udało mi się znaleźć rozwiązania. Tym razem jednak byłem zbyt zmęczony, by dalej o tym myśleć. Rozebrałem się i rzuciłem na łóżko, gdzie prawie od razu zapadłem w objęcia Morfeusza.


Następnego dnia wstałem wraz ze słońcem. Jak zwykle zapowiadał się upalny dzień, ale na szczęście od czasu do czasu ulgę przynosił rześki wiatr. Nie spiesząc się, zjadłem na śniadanie trochę chleba z serem i jajka. Nie jest to królewskie danie, ale wszyscy dostawali równe przydziały, więc nie miałem powodu do narzekań. Niestety, tego dnia w moim planie zajęć widniał trening walki wręcz. Częste treningi należały do obowiązków każdego Asasyna, dzięki temu wszyscy utrzymywali dobrą kondycję fizyczną i zdrowie. Większość ludzi czerpała z tego przyjemność, ale ja jakoś nigdy nie lubiłem się bić, może dlatego że nie zawsze upokarzająco dawałem ciała. Pomimo moich małych niepowodzeń i karygodnych porażek, trener Cord wciąż mi powtarzał, że mam ukryty talent. Jakby w moim wnętrzu drzemał uśpiony wielki i straszny wojownik. Brednie. Tego dnia ćwiczyliśmy uniki. Cord tłumaczył nam, w jaki sposób przewidywać, jakie ciosy zamierza wyprowadzić przeciwnik poprzez obserwację mowy jego ciała. Niełatwa to sztuka, bo trzeba uważać na różne gesty, od ułożenia nóg rywala, przez położenie jego obręczy barkowej względem miednicy do śledzenia ruchów jego oczu. Trening trwał do południa, ale podobnie jak innym studentom, nie udało mi się w pełni opanować uników. Praktycznie tylko parę razy mi się udało i przypuszczam, że to był po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności, niż moje mizerne umiejętności. Jak zawsze po ćwiczeniach nadszedł czas na wolne walki. To ta część, której najbardziej nie cierpiałem w treningach. Walki jeden na jednego trwające aż jeden z walczących się podda. Oczywiście walkower nie wchodził w grę przez moją głupią dumę, która nie przestaje mi powtarzać: "Weź się w garść, Desmond, tym razem nakopiesz im do dupy!". Gdy nauczyciel ustawił mnie naprzeciw Lissy z trudem stłumiłem westchnięcie rezygnacji. Lissy była dobra, jeśli nie najlepsza wśród moich rówieśników. Ten Cord czasem naprawdę doprowadza mnie do szału, próbując obudzić we mnie mordercze instynkty. Widocznie niektórym ludziom po prostu nie da się przemówić do rozumu. Próbowałem się rozluźnić, ale wizja nieuchronnej i pełnej upokorzenia porażki wcale mi nie pomagała. Za to skupienie na przeciwniku lepiej mi wyszło, choć nie w sposób adekwatny do sytuacji, w której się znajdowałem. Byłem tak roztargniony, że prawie zapomniałem postawić gardę, przez co na pewno straciłbym kilka zębów. Poruszała się wręcz niewiarygodnie szybko, pokonała dzielącą nas przestrzeń trzema szybkimi skokami, zadała dwa ciosy, które cudem zablokowałem i bezzwłocznie odskoczyła, nie dając mi żadnych szans na kontratak. 'O nie', pomyślałem sobie, 'dziewczyna mnie nie pokona, postanowiłem wygrać tą walkę i wygram ją!'. Zagryzłem zęby i rzuciłem się w wir walki, to znaczy w jej kierunku. Przyskoczyłem do niej i błyskawicznie wyprowadziłem od dołu lewy sierpowy, po czym bez zastanowienia poprawiłem prawym prostym. Zdążyłem się nawet uśmiechnąć w duchu, gdy pewien rychłego zwycięstwa oczyma umysłu ujrzałem skandującą z zachwytu publikę. Dobrą passę przerwała mi materializująca się przed twarzą kształtna stopa Lissy. Pełen bezgranicznego zdumienia popędziłem ku spotkaniu opiekuńczej ziemi. Dopiero czule przytulony przez Matkę Naturę zrozumiałem co się stało. Po drugim ciosie opuściłem na moment gardę, który to błąd został skrzętnie wykorzystany i zaowocował całkowitą porażką. Gdy zbierałem się do wstania, poczułem pieczenie po prawej stronie ust. Pod palcami poczułem krew, co oznaczało, że pewne kopnięcie zostawiło mi pamiątkę na przyszłość. Zastanawiając się nad tego konsekwencjami usłyszałem głos trenera. Z rezygnacji nawet nie westchnąłem oczekując reprymendy.

- Desmond! Co to miało być? Ile razy ci mówiłem "TRZYMAJ GARDĘ!"? A nawet bez gardy mogłeś zrobić UNIK! Cały dzień je dzisiaj ćwiczyliśmy! To było łatwe kopnięcie po łuku! - Cord bardzo lubił wywrzaskiwać tego rodzaju banały, jakby myśląc że zmotywują mnie one do lepszej walki.

W każdym razie wstałem, za nic sobie mając jego pouczenia i poszedłem opatrzyć ranę. Tak jak się spodziewałem, miała mi na zawsze zostać blizna na wargach. Ale to nic, dużo gorsze było upokorzenie jakiego doznałem. Czułem jak płoną mi policzki, jak cały się gotuję z wściekłości na samego siebie. Aby ochłonąć, postanowiłem wykorzystać tę chwilę wolnego czasu i znaleźć Kerrana. Rozmawiając z nim, żartując, śmiejąc się z jego docinków zawsze potrafiłem odnaleźć wewnętrzny spokój. Liczyłem na to że i tym razem tak będzie, niestety, los zapragnął spłatać mi okrutnego figla. O ile dobrze pamiętałem, miał on tego dnia pracować przy naprawie jednego z domostw. Udałem się tam, lecz po krótkiej wymianie zdań okazało się, że nikt go tam dzisiaj nie widział. Ogarnęły mnie złe przeczucia, ale zignorowałem je, tłumacząc sobie że pewnie nagle był potrzebny w innym miejscu. Małe dochodzenie w namiocie Opiekunów wykazało, że nie minąłem się tak dalece z prawdą. Z lakonicznej odpowiedzi jakiej mi udzielono wywnioskowałem, że mój przyjaciel został posłany w świat. Oczywiście odebrałem to jako skazanie go z zimną krwią na śmierć. W tym momencie przelała się czara goryczy. To miejsce przestało mieć dla mnie jakakolwiek wartość. Nic mnie już tam nie trzymało.


Jak przez mgłę pamiętam co robiłem przez resztę dnia. Z tego dziwnego odrętwienia wyrwał mnie odgłos niezwykły w naszym obozie. Było dźwięk zwiastujący ekscytujące zdarzenia, zmiany, niebezpieczeństwo, lub wszystko naraz. Warkot silnika motocykla. Napędzany nadzieją pobiegłem ku centrum obozowiska. Miałem rację, do namiotu Opiekunów podjechał człowiek na motorze. Pomimo hełmu zakrywającego mu twarz, rozpoznałem jego czarną skórzaną kurtkę. To był Thomas, kurier, którego znałem z dzieciństwa. Na jego widok ożyły we mnie wspomnienia. Kurierzy byli Asasynami, którzy zajmowali się kursowaniem pomiędzy cywilizacją a obozami naszej organizacji. Jest to niebezpieczna robota, bo prawie zawsze samotnie przemierzają ogromne odległości żeby dostarczyć piekielnie ważne wiadomości i rozkazy do najbardziej wysuniętych przyczółków. Dzieciakom opowiada się, że po drodze muszą pokonać niezliczone przeciwności losu i czyhających na każdym kroku Templariuszy. Dzięki takim bajkom, każdy mały Asasynek chciał być kurierem. Ten konkretny był dla mnie jak dobry wujek. Kiedy byłem mały, zawsze mnie odwiedzał, gdy przejeżdżał w pobliżu. Jego wizyty należą do moich najlepszych wspomnień z tego okresu. Uwielbiałem jego opowieści o podróżach. To one rozbudziły we mnie chęć zobaczenia wielkiego świata na własne oczy. Pamiętam, jak kiedyś, miałem wtedy może z dziesięć lat, posadził mnie na swoim motorze, opowiedział co i jak zrobić żeby pojechał, a potem sam usiadł za mną i wziął mnie na przejażdżkę. To były najszczęśliwsze dwie godziny w moim życiu.

Wspominanie pochłonęło mi zaledwie parę chwil. Patrzyłem, jak Thomas zsiada z motocykla i każe chłopcom stojącym w pobliżu uzupełnić w nim zapasy paliwa i wody. Na dźwięk tych słów coś jakby zaskoczyło w moim umyśle i zaczął on pracować na najwyższych obrotach. Oto jakby odpowiadając na moje życzenia pojawiła się doskonała okazja do ucieczki. Kurier skierował swe kroki do naszego małego „centrum dowodzenia”, gdzie najprawdopodobniej spędzi najbliższą godzinę. To dawało mi aż nadto czasu by spakować mój skromny dobytek, wsadzić go na motor i odjechać. Wciąż jednak nie wiedziałem, jak niezauważenie zdobyć prowiant. W jukach przy motorze na pewno zostały jakieś zapasy, ale niewiele. Thomas zawsze osobiście pobierał żywność gdy się u nas zjawiał, więc nie było sensu się na niego powoływać. Nagle doznałem kolejnego olśnienia: skoro zamierzam uciec jeszcze tego wieczoru, to nie muszę się martwić, że następnego dnia ktoś odkryje zniknięcie jego rzeczy. Jedzenie postanowiłem zabrać z warsztatu rzeźnika. Było to miejsce obrzydliwie fizyczne, przemawiające do najbardziej prymitywnego i podstawowego aspektu człowieka: zabijaj żeby przeżyć. Było tak przesiąknięte aurą krwi i śmierci, że bałbym się tam przyjść w nocy. Mimo to zaszła nie cierpiąca zwłoki potrzeba i musiałem się tam udać. Zawsze część mięsa z każdej sztuki zwierzyny rzeźnik zawiesza na niciach przed warsztatem do wysuszenia. Nie jest to najbardziej wyrafinowany posiłek, lecz, jakby to powiedział starożytny pisarz Ulpian, suche mięso, ale mięso.

Obok podekscytowania wywołanego czynem, który zamierzałem wykonać pojawiło się także uczucie ulgi. Wreszcie podjąłem jakieś konkretne kroki by opuścić to przeklęte miejsce. Wolność zbliżała się do mnie wielkimi krokami, a ja chciałem biec w jej kierunku. Na razie jednak musiałem postępować ostrożnie i nie zachowywać się dziwnie, bo mój plan mógłby wziąć w łeb.

Szybkim krokiem doszedłem do mojej chaty i spakowałem wszystkie rzeczy do sakw. Posłania nie zabierałem, bo wiedziałem, że Thomas ma swoje przy motorze. Pakunki ustawiłem przy drzwiach, by móc je potem jak najszybciej chwycić. Następnie udałem się do warsztatu rzeźnika. Tego dnia dopisywało mi szczęście, gdyż nikogo nie było w środku. Aż zacząłem podejrzewać, że coś za dobrze mi idzie i zaraz wszystko się sypnie. Zaczekałem aż przypadkowy przechodzień zniknie za rogiem i wziąłem mięso. Wracając, swój łup trzymałem w worku, który przezornie wziąłem ze sobą. Przekraczając próg mojego domu odetchnąłem z ulgą. Zdobycie prowiantu przez wiele nocy spędzało mi sen z powiek, a okazało się tak proste. Jedyne, co musiałem jeszcze zrobić to napełnić bukłaki, ale przy tym, zgodnie z moimi oczekiwaniami, obyło się bez problemów. Mając już wodę, przysiadłem na chwilę i zacząłem gorączkowo myśleć czy niczego nie zapomniałem. Niestety nie miałem wiele czasu, toteż po chwili namysłu zdecydowałem, że już czas. Porwałem mój ekwipunek i ruszyłem w stronę motoru. Los jednak odwrócił się ode mnie i worek, w którym ukryłem suszone mięso, wyślizgnął mi się z rąk i wysypał swą zawartość na ziemię. Na nieszczęście stało się to akurat w momencie gdy ktoś mnie mijał. Oczywiście jako uczynny człowiek musiał się schylić i z uśmiechem pomóc mi pozbierać moje rzeczy. Jednak jego oczy rozszerzyły się, gdy ujrzał co ma zamiar podnieść.

- Co, skąd ty to…

Zadziałałem instynktownie, wyjechałem mu z kolana pod brodę. Efekt był zadziwiający, biorąc pod uwagę moje umiejętności walki. Mój niedoszły przeciwnik wyłożył się jak długi.

Poważnie się zaniepokoiłem, ale powodem nie był los tego nieszczęśnika, tylko tym, że ktoś mógł to zauważyć. Jeszcze bardziej przyspieszyłem kroku. Dookoła namiotu Opiekunów jak zwykle wałęsało się kilku Asasynów, lecz na szczęście nikogo nie było w bezpośrednim sąsiedztwie motocykla. Podszedłem do niego i umieściłem swoje wyposażenie w sakwach za siedzeniem, po czym szybkim ruchem wskoczyłem za kierownicę. Sumienie mnie trochę gryzło, bo w końcu to pospolita kradzież, ale stwierdziłem, że nie było innego wyjścia, a nikt nie poniesie konsekwencji moich czynów. Nie czekając na reakcję postronnych obserwatorów nacisnąłem przycisk zapłonu. Usłyszałem dźwięk rozrusznika, jednak motor nie ruszył się z miejsca. Poczułem jak wzbiera się we mnie panika. Ludzie na pewno zorientowali się już, że działo się coś dziwnego, lada moment mogli zareagować. Gorączkowo starałem się przypomnieć sobie co zrobiłem źle. Nagle olśnienie przyniosło mi jedno słowo: sprzęgło. Zacisnąłem dłoń na dźwigni sprzęgła i ponownie wcisnąłem zapłon. Motor ruszył z kopa, przyspieszenie niemal zrzuciło mnie z siodła. Jakoś udało mi się na nim utrzymać i już pędziłem przez obóz. Nikt nie mógł mnie już powstrzymać, zacząłem wrzeszczeć z radości jak nigdy dotąd. Silnik wył tak, jakby podzielał mój nastrój. Gdy wiatr targał moje włosy, a ja mknąłem przez pustynię, poczułem słodki smak wolności. Była to swoboda, jakiej odmawiano mi od urodzenia. Mogłem się udać dokądkolwiek i zrobić co tylko chciałem. Ale nie jechałem na ślepo. Już wcześniej postanowiłem w którą stronę się udam. Chciałem dostać się do stolicy Australii, Canberry. Tam miałem nadzieję zdobyć bilet lotniczy i załapać się na samolot do jakiegoś większego miasta. Nowego Jorku, Paryża, Londynu, jeszcze nie zdecydowałem. Na razie napawałem się nowo poznanym uczuciem i prułem przed siebie. Zdecydowałem, że będę jechał przez resztę nocy i cały następny dzień. Nigdy wcześniej nie oddaliłem się od obozu na taką odległość. Przez resztę nocy zdołałem w miarę opanować operowanie sprzęgłem tak, by się nie zmęczyć i aby silnik nie gasł co chwilę. Przez cały dzień zrobiłem tylko trzy krótkie przerwy, by coś przekąsić i uzupełnić płyny. Na noc zjechałem z drogi, oddaliłem się na około pięćdziesiąt metrów i przygotowałem sobie posłanie. Thomas miał w jukach karimatę i śpiwór wysokiej jakości. bez namysłu wskoczyłem do niego i prawie od razu zapadłem w sen.

Obudził mnie warkot silnika. Ogarnął mnie strach, bo rozpoznałem w tym dźwięku starą, zdezelowaną ciężarówkę, będącą na wyposażeniu naszego obozowiska. Pościg deptał mi po piętach. Mimo iż spałem ledwie parę godzin, błyskawicznie zerwałem się z posłania i zacząłem się gorączkowo pakować. Adrenalina robiła swoje. Gdy wreszcie wyruszyłem, ujrzałem za sobą światło bliźniaczych reflektorów. W panice odpaliłem motor. Na moje szczęście motocykl Thomasa był w świetnym stanie, a goniąca mnie ciężarówka od dawna potrzebowała przeglądu. Bez problemu zwiększyłem odległość, a w końcu straciłem z oczu moich prześladowców. Byłem jednak pewien że nie odpuszczą, znajdą mnie i zabiją. Postanowiłem jechać tak długo jak będę stanie.

Reszta mojej podróży upłynęła spokojniej. Już więcej nie zobaczyłem nawet śladu pogoni. Ale nie dałem się zwieść. Wiedziałem że oni gdzieś tam są, nie dadzą mi spokoju dopóki nie zgubię ich na dobre, a nawet wtedy przez większość życia będę musiał występować pod fałszywym nazwiskiem. Na razie jednak moją głowę zaprzątała tylko jedna myśl: dotrzeć do Canberry.


Canberra oszołomiła mnie swoim ogromem. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak wielkiego. Oczywiście dużo czytałem o światowych metropoliach, ale żadna książka nie mogła mnie przygotować ten widok. Gdy znalazłem się w gąszczu ulic, wśród przechodniów i samochodów, nagle poczułem się mały i nieważny. Dla kogoś, kto wychował się w małej i zamkniętej społeczności, to było strasznie dziwne uczucie, widzieć dookoła same obce twarze i widoki. Co rusz zdawało mi się, że widzę w tłumie ścigających mnie Asasynów. Na każde dziwne spojrzenie, którymi dość często obdarzali mnie ludzie wokół, kuliłem się w sobie. Parę razy miałem wrażenie, że gdzieś pośród ludzi mignęła mi twarz Kerrana, Corda lub Thomasa. Nie czułem się bezpiecznie w tym mieście, dla mojego bezpieczeństwa, tak fizycznego jak i psychicznego, musiałem je jak najszybciej opuścić. Ale do tego były mi potrzebne pieniądze. Najszybszym sposobem by je zdobyć, było albo je ukraść, albo sprzedać motor. Wybrałem tą drugą opcję, gdyż nigdy nie byłem dobrym kieszonkowcem. Z braku lepszego pomysłu, wszedłem do najbliższego baru. Nie był to bardzo luksusowy lokal, ale jeden z lepszych w tej dzielnicy. Motor zostawiłem przed wejściem, podobnie jak uczynili to niektórzy goście. W środku panował półmrok, po części była to wina oświetlenia, a po części dymu tytoniowego, który momentalnie podrażnił mi drogi oddechowe. Powstrzymując odruch kaszlu, usiadłem przy barze i spojrzałem na barmana. Był to barczysty mężczyzna około czterdziestki. Wydawał się być przyjazny i otwarty na pogawędki. Uznałem, że najlepiej będzie wyłożyć sprawę prosto z mostu.

- Dzień dobry, chciałbym sprzedać motor, nie wie pan przypadkiem gdzie mógłbym to zrobić?

- Rozumiem, że zależy panu na czasie? – odparł zapytany. Zauważyłem, że zainteresował się tym tematem, bo zbliżył się do mnie i skupił na mnie całą uwagę

- Owszem, ale nie aż tak, by oddać go za bezcen – uśmiechnąłem się.

- Tak się składa, że noszę się z zamiarem sprawienia prezentu synowi. Mógłbym obejrzeć tą maszynę?

Oczywiście zgodziłem się i po krótkim targowaniu się dostałem tysiąc dolarów. Jak na moje skromne potrzeby, wystarczyło. Godzinę później stałem już na lotnisku trzymając w ręku świeżo kupiony bilet lotniczy do wolności. Samolot miałem za dwie godziny, a przyszłość właśnie zaczynała nabierać kolorów.



Autor: Aramilllion
Data dodania: 05.09.2010

Komentarze

1. Blackowa - 06.09.2010, 20:51
A mi się to najbardziej podoba :)

2. Meryiel - 07.09.2010, 18:19
Ja też uważam, że to opowiadanie jest najlepsze :]

3. Staniszyn - 07.09.2010, 23:56
Super się czyta. Plus nawiazania do fabuły gry: wytłumaczenie skąd ta blizna u Desmonda na ustach i powody miłosci do motocykli. Wyciągajace i klimatyczne!

4. Vasetloth - 19.09.2010, 10:52
Szybko i lekko mi się czytało ;) Wielki plus za styl i opisanie młodości Desmonda.

5. iron spider - 09.10.2010, 13:55
świetne!

6. Rukia370 - 22.10.2010, 17:22
Wciągajace i klimatyczne!

7. assassino313 - 12.05.2011, 21:24
zajefajne!!!

Pokaż wszystkie komentarze (7)

Nick*: E-mail: Treść*: Czy jesteś botem? (Proszę zaznaczyć "Nie")
TakNie