Recenzja Assassin's Creed The Secret Crusade
Błogosławieni, którzy niczego nie oczekują, albowiem nigdy nie będą rozczarowani.
Po dwóch całkiem przyjemnych książkach Olivera Bowdena, „Assassin’s Creed Renaissance” i „Assassin’s Creed Brotherhood”, ukazała się „Assassin’s Creed The Secret Crusade”. Książka ta po raz pierwszy nie opierała się na jednej grze, ale na kilku tytułach – AC1, AC Bloodlines na PSP oraz AC Revelations. Znajdziemy w niej opis życia Altaira, od dzieciństwa do jego ostatnich dni. Narratorami są Maffeo i Niccolo Polo – ojciec i wuj słynnego podróżnika Marco Polo.
Przez ponad połowę książki autor przypomina nam zdarzenia z Assassin’s Creed 1. Sporo graczy narzekało, że zadania w grze są nudne i schematyczne. Zapewne większość z nich nie „odkryła”, że wszystkie informacje, jakie zdobywamy, można przeglądać w menu Animusa, czytać skradzione listy czy przeglądać materiały otrzymane od informatorów. To właśnie śledztwo nadawało sens całemu przedsięwzięciu pozbywania się wyznaczonych przez Al Mualima celów. Liczyłam na to, że w książce zostanie to tak zaprezentowane, że czytelnik wreszcie poczuje, jak to wszystko składa się w spójną, logiczną całość. Niestety – w książce odczułam schematyczność jeszcze bardziej niż w grze. Autor pominął lwią część tego, co składało się na rozgrywkę w AC1, począwszy od pierwszej misji odkupienia Altaira, która polegała na znalezieniu zdrajcy, a nie zabiciu pierwszego celu w Damaszku. Poświęcał zwykle pół strony na śledztwa, czyli mniej, niż na samą rozmowę w biurze, kiedy rafiq zlecał nam przeprowadzenie dochodzenia i dawał wskazówki, gdzie szukać! Czasem miałam wrażenie, że po dobrze opisanym wstępie, rozwinięcie składało się ze słów „poszedł, dowiedział się, czego mu było potrzeba i wrócił”. Bowden pominął także całkowicie kwestię przemierzania Królestwa (na koniu oznaczało to wiele dni jazdy, a po drodze często mijało się wrogie obozy), pominął szukanie sojuszników w mieście. Uczeni ani bojownicy nie pomagali w grze na zasadzie „bo tak” – byli to sprzymierzeńcy, którzy pojawiali się po uratowaniu kapłana bądź zwykłego mieszkańca, by się jakoś odwdzięczyć. W książce uczeni pojawiali się na zawołanie, nie stawiali pytań, szli zawsze dokładnie tam, gdzie chciał znaleźć się Altair.
Schemat śledztwo-zabójstwo został w kilku miejscach przełamany opisem zdarzeń z innych okresów życia Altaira, między innymi dzieciństwa. Może byłoby to dobre rozwiązanie, aby nie czuć, że ciągle czytamy o tym samym, gdyby nie pewien szkopuł. Autor przyznał w jednym z wywiadów, że porozmawiał z twórcami gry, którzy powiedzieli mu, co ma się stać, ale że o szczegóły miał zadbać sam. I to był jednak błąd, by zaufać Bowdenowi. Wydarzenia, których nie znaliśmy z gier, zostały przedstawione w tak grafomański sposób, że pozostało tylko zgrzytanie zębami. Absurd poganiał absurd. Chęć przedstawienia sceny w jak najbardziej dramatyczny sposób przełożyła się na jej wiarygodność. Zastanawiałam się, jak autor, który do tej pory prezentował całkiem dobry poziom, mógł stworzyć taki gniot?
Część trzecia książki, obejmująca wydarzenia z gry Bloodlines, była wytchnieniem od ciężkostrawnego początku. Tu już wszystko wyszło w odpowiednich proporcjach, bez zbędnych przerywników, bez monotonności widocznej w pierwszej i drugiej części. Nadal więcej było opisów uczuć bohaterów, nadal nie mieliśmy czasu na podziwianie widoków, ale to nie miało aż tak dużego znaczenia. Zdawało się, że dalej może być tylko lepiej, ale okazało się, że to tylko cisza przed burzą, a raczej przed katastrofą zwaną częścią czwartą.
Część czwarta obejmowała wydarzenia, które znamy z AC Revelations, czyli te, które autor znał jedynie z krótkiego opisu, a szczegóły wypełniał sam. Znów dostaliśmy sceny dramatyczne, tak przesiąknięte chęcią wywołania w czytelniku silnych emocji, że znów sięgające absurdu. Owszem, czułam, że wszystko we mnie wrze. Nie za to, co twórcy zrobili bohaterom. Za to, że Bowden przedstawił to w tak idiotyczny sposób. Zupełnie inaczej wygląda to wszystko w grze AC Revelations jak „The Secret Crusade”, chociaż generalnie większość – nie wszystko – się zgadza. Jakby tego było mało, zabrakło konsekwencji i w następnej jego książce, Assassin’s Creed Revelations, wydarzenia te są opisane dokładnie tak, jak były przedstawione w grze… czyli niekonsekwentnie. Śmiało można by zatem zaliczyć „The Secret Crusade” do lektur, które nie powinny być uznawane za kanoniczne w świecie Assassin’s Creed.
Słowem podsumowania: nie polecam tej książki nikomu, kto grał w Assassin’s Creed. „Jedynka” została ukazana w sposób nudny, po łebkach, z kolei dramatyczne wydarzenia z Revelations zostały przejaskrawione, by wywołać w czytelniku silne emocje, jednak w efekcie wywołują tylko niedowierzanie i zniesmaczenie. Ci, którzy nie mają Bloodlines na PSP, a chcieliby uzupełnić swoją wiedzę o zdarzenia z tej części, mogą się jednak skusić na tę pozycję.
![]() |
Tytuł: Assassin's Creed The Secret Crusade
|















